Tradedoubler

wtorek, 20 stycznia 2015

Morwa biała

Lubicie słodycze...? ;)
Ja niestety uwielbiam i w nawyk wpadła mi już poranna kawa w zestawie z ciasteczkiem. ;) To takie moje 'must have' każdego dnia. ;) 
Nie wszyscy jednak mogą sobie pozwolić na taką "ekstrawagancję". Mowa tutaj przede wszystkim o osobach cierpiących na cukrzycę, która dziś jest niestety już schorzeniem cywilizacyjnym. 
Taka mała ciekawostka. WHO szacuje, iż w 2030 roku liczba chorych na cukrzycę wyniesie ok. 380 mln. Przerażające, prawda...?

Cukrzycę charakteryzuje przewlekła hiperglikemia, czyli podwyższony poziom cukru we krwi. Jest to związane z zaburzeniem wydzielania i/lub działania insuliny - hormonu, który reguluje gospodarkę węglowodanową organizmu. Ale w cukrzycy mamy do czynienia nie tylko z zaburzeniami metabolizmu węglowodanów, ale również tłuszczów i białek. W efekcie prowadzi ona  do niewydolności wielu narządów: nerek, serca, narządu wzroku, nerwów, bądź naczyń krwionośnych. Nieleczona cukrzyca może więc być przyczyną groźnych powikłań. Właśnie dlatego tak ważna jest:

- po pierwsze: wczesna diagnostyka cukrzycy;
- po drugie: właściwe leczenie pod kontrolą diabetologa.

Pamiętajcie jednak, że kluczowe znaczenie w cukrzycy ma odpowiednia dieta. Wymaga ona dość dużo samozaparcia i rezygnacji z tego, co z reguły lubimy, czyli: słodyczy i alkoholu. ;) Ale gwarantuję, że jest to wykonalne - sama z racji na cukrzycę ciążową, skazana byłam na dietę i choć jestem łasuchem na słodycze, dałam radę. :) O samej cukrzycy ciążowej pisałam zresztą w dedykowanym artykule

Dziś natomiast kilka słów na temat morwy białej, która może odgrywać rolę wspomagającą w terapii cukrzycy. Zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z cukrzycą typu II, która związana jest ze zmniejszeniem wrażliwości tkanek i narządów na insulinę.

Morwa biała (Morus alba) to drzewo pochodzące z Chin. Ciekawostką jest to, że liście morwy to pokarm jedwabnika morwowego, czyli ćmy produkującej naturalny jedwab. Hmmm... nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam jedwabne bluzeczki, zwłaszcza latem. Morwie zawdzięczamy jednak nie tylko jedwab, ale także banknoty, ponieważ zaczęto je wytwarzać jeszcze w IX wieku w Chinach z ... kory morwy białej. A czymże byłby świat bez pieniędzy? ;)


Przejdźmy jednak do konkretów - wyciąg z liści morwy białej zawiera substancję o nazwie dezoksymannojirymycyna. Z pewnością język można połamać, ;) dlatego nie namawiam do tego, aby ją zapamiętać. Warto jednak wiedzieć, że hamuje ona aktywność enzymów, które rozkładają węglowodany złożone do monosacharydów (cukrów prostych), czyli tak w telegraficznym skrócie ... zmniejsza wchłanianie cukrów prostych z przewodu pokarmowego do krwi. Mechanizm działania podobny jest więc do leków z grupy akarbozy ("Glucobay") . Tak wygląda to w teorii, a w praktyce...?

Przeprowadzone do tej pory badania kliniczne wyglądają dość obiecująco. Wyciąg z morwy białej wypadł w nich nawet lepiej niż stosowany niegdyś w leczeniu cukrzycy Glibenklamid ("Euclamin"). Ponadto w przypadku morwy zaobserwowano także poprawę profilu lipidowego, czyli spadek stężenia cholesterolu całkowitego, triglicerydów oraz frakcji VLDL cholesterolu. Wart podkreślenia jest także znakomity profil bezpieczeństwa preparatów z morwą. Właściwie nie zaobserwowano działań niepożądanych, a są one dość częste w przypadku wielu leków przeciwcukrzycowych. 
Myślę więc, że za kilka lat będziemy mieć na rynku aptecznym leki zawierające wyciąg z morwy białej, choć oczywiście trzeba przeprowadzić jeszcze szereg badań w tym obszarze. Ja jednak mocno wierzę, że morwa będzie kiedyś takim 'wow' w cukrzycy. 

Póki co na aptecznych półkach znajdziecie nie leki, a suplementy diety z tym składnikiem. Oczywiście nie zastąpią one diety, ani leków, natomiast z powodzeniem odgrywać mogą rolę wspomagającą. Preparatów jest kilka, czym więc kierować się przy ich wyborze...?



środa, 14 stycznia 2015

Test na menopauzę

Zapewne większość studentów drży na słowo "test"... hihi. Sama pamiętam, że jakoś nie za bardzo lubiłam tą formę sprawdzania wiadomości. A test wielokrotnego wyboru to już zawsze spędzał mi sen z powiek. :) 
Obecnie w pracy także spotykam się z rozmaitymi testami, ale w innym sensie. Jak zapewne wiecie w aptece nabyć można testy ciążowe, owulacyjne, testy do wykrywania narkotyków, testy na Helicobacter pylori i masę innych - czyli - 'do wyboru do koloru'. ;) 

Ubiegłoroczną nowością jest... UWAGA!... test menopauzalny "Climea" :) Jest to test, który pomaga odpowiedzieć sobie na pytanie: mam menopauzę, czy nie...? Nie będę się tutaj rozpisywać czy coś takiego jest w ogóle potrzebne, bo zapewne zdania będą podzielone. 
Dodam tylko, że obecnie mamy dość jednoznaczną definicję menopauzy. WHO (World Health Organisation) podaje, że "menopauza to ostateczne ustanie miesiączkowania w wyniku utraty aktywności pęcherzykowej jajników, po którym przez okres 12 miesięcy nie wystąpiło już żadne krwawienie". Kryteria są więc dość jasne. 
Natomiast wracając to testu "Climea"...

Jak działa taki "test na menopauzę"..?

Test wykrywa podwyższone stężenie hormonu folikulotropowego (w skrócie FSH) w moczu. Ale co ma piernik do wiatraka, czyli co ma wspólnego TSH z menopauzą...?  
Hormon FSH, który jest wytwarzany przez przysadkę, pobudza wytwarzanie estrogenów w pierwszej fazie cyklu miesiączkowego. Panuje tutaj zasada sprzężenia zwrotnego ujemnego. Brzmi może zagadkowo, ale oznacza to mniej więcej tyle, że gdy jajniki produkują za mało estrogenów, przysadka wytwarza więcej FSH, aby zmobilizować jajniki do pracy... Dla ułatwienia możecie sobie wyobrazić, że przysadka to szef, który jak zauważy, że się obijamy - od raz nas pogania do pracy. ;) 
U każdej kobiety z wiekiem stopniowo wygasa czynność jajników i zachodzi cały szereg zmian hormonalnych m.in. spadek poziomu estrogenów. A więc: 
mało estrogenów to wzrost FSH. :) Właśnie dlatego wzrost FSH powyżej pewnego poziomu może być miernikiem klimakterium. 

Wykorzystała to firma Aflofarm i stworzyła test wykrywający poziom FSH, szumnie nazywając go "testem menopauzalnym". W opakowaniu znajdziecie 2 testy, a cena bardzo przyzwoita bo ok 12 zł. 
Konkurencją jest "Menopauza test" z serii Domowe Laboratorium, ale tutaj cena nieco wyższa, choć i tak badanie poziomu FSH w laboratorium wyszłoby zapewne drożej. Ale....

Na przełomie roku 2012/2013 przeprowadzono badanie na w sumie dość licznej grupie kobiet, bo 173 kobiety w wieku 31-60 lat i co się okazało...?

Prostszą, tańszą i co ważne (!) bardziej wiarygodną metodą diagnozy menopauzy w porównaniu z oznaczeniem FSH jest pomiar pH pochwy. Dla porównania: czułość metody przy badaniu FSH to ok. 77%, a czułość metody przy badaniu pH pochwy 85%

A jak zbadać pH w pochwie? Mój zmysł chemika podpowiada mi, że najprościej papierkiem lakmusowym. ;) Jest to specjalny pasek testowy, który przyjmuje różną barwę w zależności od odczynu danego roztworu. Póki co, papierki lakmusowe zakupić można raczej w sklepach z odczynnikami chemicznymi, natomiast kto wie - może za jakiś czas zostaną wprowadzone do aptek jako wskaźnik menopauzy. 
Jeśli jakaś firma farmaceutyczna w końcu na to wpadnie, zastrzegam sobie prawa autorskie. ;)

Na koniec jeszcze ciekawostka - odczyn pH może być nie tylko wskaźnikiem menopauzy, ale również służyć do określenia rodzaju infekcji intymnej (bakteryjna czy grzybicza). Tutaj mamy już dedykowany produkt na aptecznych półkach - jest to "GINE intima" - test pH.

Warto również przeczytać:

czwartek, 8 stycznia 2015

Na pękające naczynka... Redblocker?

Z uwagi na niedawny okres świąteczno-noworoczny miałam kilka chwil na oglądanie TV, gdzie natknęłam się na reklamę suplementu diety "Redblocker" i postanowiłam, że nie mogę pozostać wobec niej obojętna. Zwłaszcza, iż dostałam już od Was kilka zapytań z prośbą o opinię na temat tego preparatu. 

"Redblocker" to właściwie cała linia produktów stworzona z myślą o skórze naczynkowej przez firmę Aflofarm. W jej skład wchodzą kosmetyki (o nich napiszę innym razem), a także preparat doustny, który właśnie wezmę dziś 'pod lupę'. 
Sama nazwa wydaje się dość lotna, osoby znające język angielski prawdopodobnie od razu skojarzą ją ze skuteczną walką z zaczerwienieniami na skórze. ;) 
Ale nazwa to tylko marketing - przejdźmy lepiej do konkretów, czyli składu. ;)

Prym wiodą tutaj diosmina i hesperydyna. Co to takiego? 
Otóż są to związki pochodzenia roślinnego, które wspomagają prawidłowe funkcjonowanie naczyń krwionośnych. Bardziej się wgłębiając w temat - chodzi o zmniejszenie przepuszczalności ścian naczyń krwionośnych (ich wzmocnienie), a także zwiększenie ich elastyczności, czyli przy cerze naczynkowej jak znalazł. ;)
Niestety to tylko pozory, ponieważ dawki obydwu substancji są raczej symboliczne: 50mg diosminy i 50mg hesperydyny to, chciałoby się rzecz, "tyle co kot napłakał". ;) Nie udało mi się dotrzeć do żadnych publikacji, które potwierdziłyby jakiekolwiek działanie diosminy w tak niskiej dawce na naczynia krwionośne. 
Dla porównania - większość preparatów z diosminą, które znajdziecie na aptecznych półkach, zawiera jej 500, bądź nawet 1000mg i są to już nie suplementy diety, a leki. Jednak nawet pośród suplementów nietrudno znaleźć taki z dawką 300 mg diosminy, a więc w "Redblockerze" szału nie ma. :(

Kolejny składnik to rutozyd znany pewnie większości z Was z takich 'topowych' produktów aptecznych jak "Rutinoscorbin" lub "Rutinacea". Jest to także związek flawonoidowy, który wykazuje właściwości uszczelniające naczynia krwionośne. Tutaj dawka właściwie jest standardowa i wynosi 50mg, natomiast nie wiem, czy wiecie, że rutozyd (inaczej rutyna) jest bardzo słabo przyswajalny przez organizm. Mój znajomy profesor z uczelni na Farmakognozji mawiał, że trzeba by zjeść na raz całe opakowanie "Rutinoscorbinu", żeby odczuć jakiś pozytywny efekt. ;) Oczywiście nie namawiam tutaj do tego.

Skład uzupełnia witamina C w ilości 80mg oraz ... niacyna (zwana witaminą PP), ale one raczej niewiele tutaj wniosą jeśli chodzi o pożądane efekty.
Ba... niacyna (czyli witamina PP) z racji na fakt, iż może rozszerzać drobne naczynia krwionośne, czasami wywołuje działania niepożądane tj. rumień twarzy, czy zaczerwienienie skóry. Średnio mi tu więc pasuje, bo przecież nam chodzi o walkę z zaczerwienieniami. :)
Generalnie więc jest to dość przeciętny preparat, jedyne co w nim jest przyzwoite, to cena oraz zalecane dawkowanie - 1 raz dziennie 1 tabletka. Tylko, że co z tego, jeśli z takim składem o efektach nie może być mowy.

"Redblocker" nie, a więc....


Jakie preparaty skutecznie wzmocnią pękające naczynka na nogach, bądź na twarzy?

sobota, 3 stycznia 2015

Witamina K - nowe zastosowanie

W ostatnim czasie bardzo dużym zainteresowaniem pacjentów cieszy się witamina K. Może nie ma aż takiego 'szału' jak z magnezem, ale ... "Witamina K2" z Solgara znika z aptecznej półki w błyskawicznym tempie, nawet pomimo dość sporej ceny. Czy wiecie dlaczego tak jest?

Postanowiłam zgłębić temat i uczynić witaminę K 'bohaterką' dzisiejszego artykułu. Myślę, że w pełni zasłużyła na to miano. 

Na początek kilka słów wstępu

Witamina K to de facto kilka związków o podobnej budowie: witamina K1 (filochinon), witamina K2 (menachinony o wzorze ogólnym MK-n w zależności od budowy) oraz otrzymywana drogą syntezy chemicznej witamina K3.
Człowiek niestety nie potrafi syntetyzować żadnej z tych form witaminy K, a więc musimy je dostarczać w codziennym pożywieniu. 

Jakie są źródła witaminy K?

Witamina K1 znajduje się głównie w ciemnozielonych warzywach liściastych, takich jak: szpinak, kapusta, sałata oraz brokuły. Nie wiem jak Wy, ale ja za brokułami ani kapustą nie przepadam, a szpinak kojarzy mi się z zieloną papką na stołówce szkolnej. ;)
Małym pocieszeniem może być fakt, że niewielką ilość witaminy K zawiera także nabiał (mleko i produkty mleczne), a także ryby i mięso oraz ... owoc Awokado. Tylko kiedy go ostatnio jedliście, bo ja bardzo dawno. ;)
Witamina K2 jest syntezowana przez bakterie i można ją znaleźć w produktach fermentowanych, takich jak sery, jogurty czy kiszona kapusta. Ja akurat jogurty pochłaniam w sporych ilościach, a surówka z kiszonej kapusty zawsze jest dodatkiem do piątkowej rybki ;)
I jeszcze mała ciekawostka - czy wiecie co to jest 'Natto'? To taka japońska potrawa z przefermentowanych przez bakterie nasion sojowych. Zawiera ona szczególnie dużo witaminy K2. Podobno ma specyficzny smak i konsystencję, więc raczej nie jest popularna poza Japonią. Ja jak będę miała kiedyś okazję, to na pewno spróbuję;)

Ale dlaczego ostatnio powstało tyle szumu wobec witaminy K i jakie ona spełnia funkcje w organizmie?


wtorek, 30 grudnia 2014

Co ma szampan do depresji? ;)

Niebawem rok 2014 przejdzie do historii. Już jutro o północy przy huku petard i fajerwerków oraz kieliszku szampana przywitamy Nowy Rok. Co przyniesie...?
Tego nie wie nikt, ale życzę Wam wszystkim z całego serca oby głównie była to radość i szczęście.

A tak a propos szampana... czy wiecie, że przed wynalezieniem leków antydepresyjnych, to właśnie nim leczono depresję? Tylko uwaga - to co potocznie nazywamy szampanem, to najczęściej wino musujące, które z prawdziwym szampanem niewiele ma wspólnego. Już w 1911 r. nazwa szampan zastrzeżona została dla win z regionu Champagne we Francji. Do produkcji szampana używa się specjalnych odmian winogron: pinot-noir, pinot-meunier i chardonnay. 



Jak wygląda proces produkcji szampana? Najpierw przeprowadza się wstępną fermentację różnych win, a następnie je degustuje i w oparciu o walory smakowe tworzy pożądaną kompozycję, czyli tzw. kupaż. Takie wino zostaje zabutelkowane. Wcześniej dodaje się cukier i drożdże, a w wyniku wtórnej fermentacji cukier rozpada się na alkohol i dwutlenek węgla, czyli znane nam bąbelki.
W butelkach wino leżakuje od 3-5 lat. Po okresie leżakowania przeznaczone jest do sprzedaży.
Dodam tutaj, iż sporo win musujących jest produkowanych metodą szampańską, np. czeski sekt 'Bohemia', który swoją drogą bardzo mi smakuje. ;)
Obecnie produkcja szampana to sztuka sama w sobie, ale i miliardowy biznes. Bąbelki szampana dają nam poczucie luksusu, choć nie tylko, gdyż jak się okazuje, także ... zdrowie. ;)

Szampan a depresja

Jak wyżej wspominałam, kiedyś szampan był używany jako środek antydepresyjny. A jak wyglądało to w praktyce?
Przez pierwszy miesiąc zalecano trzy kieliszki szampana dziennie, jako kuracja wstępna. Następnie dla podtrzymania efektu kuracji - jeden kieliszek na dzień. Brzmi kusząco, prawda? ;)
Podobno Marilyn Monroe gdy miała 'chandrę' urządzała sobie kąpiel w szampanie, zużywając ponad 300 butelek tego trunku na wannę kąpieli. 
A co wspólnego ma szampan z depresją? 
Zawiera w składzie między innymi lit, który dziś jest jednym z leków stosowanych w farmakoterapii zaburzeń afektywnych. Właściwie sole litu wprowadzone zostały do lecznictwa w latach 50-tych XX wieku, czyli stosunkowo niedawno. Nie są one jednak standardem w leczeniu depresji. 

W aptekach znajdziecie lit jako lek "Lithium carbonicum" zawierający 250mg węglanu litu w jednej tabletce. Jest on jednak wydawany w aptekach wyłącznie na podstawie recepty lekarskiej.

I jeszcze mała ciekawostka - istnieją badania, że na terenach, gdzie w wodzie pitnej występuje wysokie stężenie litu jest mniej zachorowań na choroby psychiczne.

Myślę więc, że warto zadbać o odpowiedni poziom litu w organiźmie, niekoniecznie popijając codziennie szampana. :) Bogata w lit jest np. woda 'Zuber-2', ale niestety smakuje okropnie. :(  Ponadto pewną jego ilość zawiera woda mineralna 'Piwniczanka'. Można go również znaleźć w warzywach, np. ziemniakach czy pomidorach, choć niestety w śladowych ilościach.

Na dziś kończę ten luźny artykuł, a co do poprawy nastroju, to ja jednak wolę to zrobić poprzez zakupy, zwłaszcza, że zaczęły się wyprzedaże. ;)

Warto również przeczytać: