Tradedoubler

piątek, 27 marca 2015

Na opryszczkę

Dzisiejszy artykuł postanowiłam poświęcić opryszczce. Potrafi ona nieźle uprzykrzyć nam życie, bo z reguły pojawia się w najmniej spodziewanym i  do tego najmniej odpowiednim momencie. Jak pech to pech! Miałam koleżankę, której opryszczkowe wykwity na ustach pojawiły się w dniu ślubu. Masakra... :( Ale zacznijmy od początku... ;)


Co to takiego opryszczka? 

Opryszczka wargowa - czyli pospolite "zimno", które najczęściej pojawia się w okolicy ust, czasami także w nosie, jest wywoływana przez wirus Herpes simplex (HSV-1). Mamy więc winowajcę, więc wydawać by się mogło, że już z górki, ale... niestety nie do końca. Okazuje się, że wirus opryszczki jest bardzo "sprytny" i może przetrwać w naszym organizmie w formie utajonej, czyli jeśli raz się zarazimy, to zostaje on naszym "lokatorem" już na zawsze. A na domiar złego zarazić się można bardzo łatwo: przez ślinę lub kontakt z błonami śluzowymi osoby zarażonej (uwaga na całusy), używanie tych samych sztućców, bądź talerzy. Nic więc dziwnego, że większość społeczeństwa jest nosicielem wirusa opryszczki, choć niektórzy jeszcze nie są tego świadomi. ;) 

Warto sobie uświadomić, że opryszczka atakuje z reguły przy spadku odporności, czyli nader często w sezonie jesienno-zimowym, który na szczęście już jest za nami. Ale również stres, czy przemęczenie mogą być czynnikiem, który spowoduje uaktywnienie tego "niechcianego lokatora". I uwaga - Ci, którzy lubią się opalać - także długotrwałe przebywanie na słońcu może wyzwolić "opryszczkowy atak". Później schemat jest z reguły już ten sam: najpierw odczuwamy delikatny dyskomfort, czyli pieczenie czy mrowienie, potem pojawia się zaczerwienienie i mała grudka. A później już niczym grzyby po deszczu wyskakują małe pęcherzyki wypełnione płynem surowiczym, co tylko powoduje nasilenie odczuwanego bólu.

Jak więc walczyć z opryszczką..? 

Na początek jedna niezmiernie ważna zasada: im wcześniej, tym lepiej, czyli najlepiej wkroczyć do akcji od razu, kiedy poczujemy delikatnie mrowienie na ustach. Tak, tak... to nie przesada, :) wtedy po prostu szansa na szybką likwidację niechcianego lokatora jest duża. Jak już pojawią się pęcherzykowe wykwity - walka będzie niezmiernie trudna, a skuteczność zastosowanych preparatów raczej mało zadowalająca. No dobrze... więc jakie preparaty mamy do dyspozycji na aptecznych półkach?

Myślę, że chyba nietrudno zgadnąć. ;) Skoro opryszczka jest wywoływana przez wirus, to w jej leczeniu stosuje się maści zawierające substancje przeciwwirusowe. Proste. Żadnej filozofii w tym nie ma. ;)

Po pierwsze acyklowir... 

Składnikiem większości maści na opryszczkę jest znany pewnie większości acyklowir, który wchodzi w skład maści takich jak "Zovirax Intensive", "Herpex", czy "Hascovir". Czym one się różnią...? Właściwie głównie ceną. :) Acyklowir hamuje replikację, czyli namnażanie wirusa opryszczki, dlatego preparaty te są skuteczne pod warunkiem, że zastosuje się je odpowiednio wcześnie i na to uczulam. 
Jeśli nie zdążymy na czas, bo często mamy w zwyczaju reagowanie w ostatniej chwili, pojawią się już pęcherzyki - sięgnąć można po "Zovirax Duo". Ma on w składzie dodatkowo przeciwzapalny hydrocortison, a więc na późniejsze stadium opryszczki będzie na pewno skuteczniejszy.

Z opryszczką zmagają się często kobiety ciężarne, ale UWAGA!
Niestety ww specyfików z acyklowirem nie powinno się stosować w ciąży, jedynie po konsultacji z lekarzem.  

Jak nie acyklowir to co...?

Alternatywą dla acyklowiru może być denotywir, który wchodzi w skład "Vratizolinu". Ja wielokrotnie spotkałam się z opinią, że jest on mocniejszy od "Zoviraxu". Poza działaniem przeciwwirusowym wykazuje też działanie przeciwzapalne i przeciwbakteryjne, za co na pewno należy się duży plus.
Ale tutaj również kobiety ciężarne powinny zachować ostrożność i na własną rękę nie sięgać po ten specyfik.

No i na koniec perełka, czyli "Erazaban" z dokonazolem w składzie,który zgodnie z informacją podaną przez producenta może być stosowany przez kobiety w ciąży i mamy karmiące. Warto o tym pamiętać, bo na niewielu produktach leczniczych znajdziecie taką informację. :)

Jest jeszcze "Viru-merz" (tromandatyna), ale tu już skuteczność jest zadowalająca jedynie w pierwszej fazie, czyli zanim pojawią się pęcherzyki. I w ciąży także możliwość stosowania jedynie na zalecenie lekarza.

Dla tych, którzy lubią najtańsze i najprostsze rozwiązania polecam "Sonol" płyn. Skład prosty: kwas salicylowy, mentol, tymol, cena przyzwoita, a skuteczność podobno całkiem niezła. ;)

Ponieważ trochę tych specyfików jest, na koniec mały przegląd podsumowujący:

- kobiety ciężarne i mamy karmiące - najlepiej wybrać bezpieczny "Erazaban"
- w pierwszej fazie zastosować można "Viru-merz" lub preparaty z acyklowirem tj. "Herpex", "Zovirax Intensive".
- w drugiej fazie z wykwitem pęcherzyków polecam "Zovirax Duo" lub "Vratizolin".

Dość dużym powodzeniem przynajmniej w mojej aptece cieszą się także plastry na opryszczkę "Compeed". W sumie nie ma się co temu dziwić. Maści wymienione powyżej aplikować trzeba kilka razy dziennie, a człowiek przecież z natury leniwy jest. :) Poza tym plastry świetnie maskują objawy opryszczki, a w tym przypadku akurat efekt wizualny jest niezmiernie ważny. ;) Ponadto chronią "opryszczkę" przed czynnikami zewnętrznymi, co niezmiernie istotne. Zawierają one hydrokoloid, który tworzy odpowiednie środowisko i przyspiesza gojenie. Jednak tutaj uwaga - w składzie nie mamy substancji przeciwwirusowej, bo o to często pytacie w aptece. :) Plastry dobrze powinny się sprawdzić także w drugiej fazie, czyli wtedy kiedy walczymy już z rozwiniętymi pęcherzykowymi wykwitami.

Ja ze swej strony zamiast 'plasterków', polecić mogę "URGO na opryszczkę" - filmogel. Cóż to takiego...? Jest to taki opatrunek w formie gotowego do użycia żelu. Opakowanie zawiera żel w przezroczystej buteleczce oraz pojedyncze aplikatory, a więc higiena zachowana. :) Po jego aplikacji powstaje ochronny, przezroczysty i wygodny film, który świetnie izoluje miejsce zmienione chorobowo, ograniczając ryzyko nadkażenia bakteryjnego. Poza tym łagodzi objawy takie jak mrowienie, pieczenie i swędzenie. Podobno skuteczność jest naprawdę zadowalająca, choć warto stosować niezwłocznie od pojawienia się pierwszych oznak opryszczki. 

Chyba tyle na dziś. :) Pamiętajcie, że opryszczka atakuje głównie przy spadku odporności, a więc... zdrowa dieta i aktywny tryb życia to podstawa. ;)


Warto również przeczytać:

sobota, 21 marca 2015

Alergia u dzieci

Zawitała do nas wiosna - już nie tylko kalendarzowa, ale także pogodowa. :) Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam tą porę roku. Niebawem będzie można zdjąć kurtki, płaszcze i czapki i ... rozpocząć rowerowe wycieczki -  na samą myśl poprawia mi się humor. :) Niestety nie dla wszystkich wiosna jest tak łaskawa. Wraz z nią rozpoczął się już sezon pylenia - widać to po wzroście sprzedaży leków przeciwalergicznych. O ile u dorosłych mamy ich spory arsenał - większość (przynajmniej w mniejszych opakowaniach) do nabycia bez recepty, o tyle z dziećmi niestety pojawia się problem. Dlaczego...?

Właściwie większość leków antyalergicznych dla dzieciaków czy to w syropie, czy kroplach, jest do nabycia w aptekach jedynie na podstawie recepty lekarskiej. Niestety dotyczy to nawet przewlekłego stosowania tych leków, czyli np. "Zyrtec" (krople i syrop), "Aerius" syrop, "Xyzal" syrop, "Rupafin" syrop i jeszcze kilka innych, nabyć można w aptece tylko mając receptę. Pewnie doskonale o tym wiedzą rodzice małych alergików. A co mamy do dyspozycji bez recepty...?

Od dawna na rynku obecny jest "Fenistil" w kroplach - i tutaj recepta nie jest wymagana. Preparat nie cieszy się może takim powodzeniem jak w sezonie na komary "Fenistil" w żelu, ale najważniejsze, że nadal jest na rynku. Nie wiem, czy wiecie, ale "Fenistil" to lek przeciwalergiczny. Substancja czynna w nim zawarta to dimetinden. Jest to lek przeciwhistaminowy I generacji. Brzmi może poważnie, a więc... małe przypomnienie, czyli co histamina ma wspólnego z alergią?
Histamina uwalniania ze specjalnych komórek: mastocytów i bazofili uczestniczy w procesach zapalenia poprzez oddziaływanie na specjalny receptor (receptor histaminowy H1). Pobudzenie tego receptora prowadzi do wielu objawów: skurcz mięśni gładkich, wzrost przepuszczalności śródbłonka i naczyń, obrzęku, wzmożonego wydzielania śluzu, skurczu oskrzeli, czy stymulacji kaszlu. Objawy te niestety znane są alergikom, bo często uporczywie się z nimi zmagają przez cały sezon alergiczny. Właśnie dlatego leki, które blokują receptor histaminowy, stosowane są w łagodzeniu objawów alergicznych. Przykładem jest wspomniany dimetinden zawarty w "Fenistilu". Ale uwaga. Dimetinden to lek przeciwhistaminowy I generacji. Leki I generacji obarczone są niestety działaniami niepożądanymi (senność, otępienie, zaburzenia koordynacji ruchowej, zaburzenia ze strony przewodu pokarmowego, suchość błony śluzowej jamy ustnej) i obecnie właściwie już niezmiernie rzadko stosowane. A więc z tym "Fenistilem" w kroplach to tak ostrożnie. ;) 

Na pewno bezpieczniejszą alternatywą jest "Calcium" (pospolicie 'wapno') - w większych dawkach stosowane przy alergii. Dlaczego...? Bo wapń zmniejsza przepuszczalność ścian naczyń krwionośnych, a więc działa przeciwobrzękowo i przeciwwysiękowo. Tutaj szczególnie lubianym preparatem jest "Calcium Sanosvit" syrop o smaku bananowym. :) U nieco starszych dzieci zastosować można już "Calcium" w tabletkach musujących. Mój starszy Syn na przykład jest fanem "Calcium" o smaku coli z Polfy Łódź - niestety teraz jest trudno dostępne w hurtowniach. Skoro mama nie pozwala pić coli, to przynajmniej wapno o smaku coli będzie jej jakąś namiastką. ;) 
Dodam, iż o tym, czy wapń jest pomocny przy alergii, czy to raczej placebo, toczą się już od dłuższego czasu dyskusje. :) 

Na koniec mam dla was nowość. ;) Na rynek wchodzi preparat "Duozinal" w syropie. Producentem jest notabene firma Aflofarm, o której jest wiele razy wypowiadałam się na łamach tego bloga. Suplementy mają raczej kiepskie, jednak tutaj mnie trochę zaskoczyli. 
Co to takiego ten "Duozinal" i co mamy w składzie...? Właściwie to takie "dwa w jednym" czyli połączenie wapnia z cetyryzyną. Cetyryzyna to lek przeciwhistaminowy II generacji. Cetyryzynę w tabletkach znajdziecie pod różnymi nazwami jako lek OTC (bez recepty): "Zyrtec UCB", "Amertil", "Allertec", ale cetyryzyna w formie dla dzieci do tej pory dostępna była tylko na receptę (jako "Zyrtec" - krople lub syrop, bądź "Allertec" krople). 
"Duozinal" to lek OTC - czyli dostępny w sprzedaży odręcznej. Czy to dobrze...? I tak i nie... ;) Z jednej strony dobrze, bo zbyt wielkiego wyboru specyfików bez recepty na alergię dla naszych milusińskich nie mamy, a z drugiej... myślę, że lek będzie czasem stosowany przez zatroskanych rodziców 'na wyrost'. A niestety nie jest to ot taki syropek. ;) Cetyryzyna także może powodować działania niepożądane. Są one mniej nasilone niż w przypadku leków I generacji, ale również mogą wystąpić. Dość często na przykład pojawia się senność. Producent zaleca stosowanie leku dwa razy na dobę. Jeśli jest to dziecko już uczęszczające do szkoły, to podanie poranne budzi troszkę wątpliwości, bo może negatywnie wpłynąć na koncentrację dziecka i na przykład klasówka nie pójdzie zbyt dobrze. ;)

Jakie są wskazania do stosowania preparatu...? Będzie to głównie łagodzenie objawów związanych z alergicznym (sezonowym i przewlekłym) zapaleniem błony śluzowej nosa (kichanie, świąd nosa, przekrwienie błony  śluzowej nosa, zaczerwienienie i swędzenie oczu, łzawienie), a także łagodzenie objawów pokrzywki (świąd, zaczerwienienie skóry). Ale drodzy rodzice - nie oznacza to, że jak nasze dziecko kichnie z rana ze dwa razy (bo na przykład nie założyło pantofli i biega boso), to my zaraz mamy lecieć do apteki po "Duozinal". ;) Pamiętajcie, że do zastosowania tego preparatu muszą być konkretne wskazania. I uwaga! Jest to lek do stosowania od drugiego roku życia.

Pewnie pojawienie się tego preparatu i jego rejestracja jako leku OTC obudzi konkurencję i niebawem na rynku pojawi się więcej leków bez recepty na alergię w postaci tolerowanej przez dzieci (syropy, tabletki). Pożyjemy, zobaczymy... ;)

Warto również przeczytać:

niedziela, 15 marca 2015

Plastry rozgrzewające - bezpieczne, czy nie...?

Temat dzisiejszego artykułu nasunęła mi podobnie jak ostatnio, sytuacja 'z życia apteki', ;) a mianowicie... przyszła pacjentka z reklamacją plastrów wygrzewających "Opokan MED". Otóż okazało się, że ów plaster wywołał u niej poparzenie skóry. Ból był podobno nie do wytrzymania, a uczucie pieczenia tak mocno dało się jej we znaki, że konieczne było natychmiastowe usunięcie plastra. Oczywiście postanowiłam wgłębić się w temat.. W przeciwnym razie nie byłabym sobą. ;) I co się okazało...?

Na stronach Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych w lutym tego roku ukazała się notatka bezpieczeństwa dotycząca bezpieczeństwa stosowania plastrów "Opokan MED". Jest w niej zawarta informacja o... możliwości wywoływania przez te plastry oparzeń skóry, czyli pacjentka miała rację. UWAGA! Ryzyko oparzenia wzrasta wraz z wiekiem i właściwie po 55 roku życia zalecono stosowanie plastrów "Opokan MED" jedynie na ubranie. 

Podano również dodatkowe informacje tj:
- Podczas stosowania plastrów "Opokan MED" konieczne jest częste kontrolowanie stanu skóry. W przypadku podrażnienia, oparzenia skóry lub po prostu odczuwania zbyt wysokiej temperatury plaster należy natychmiast usunąć
- Nie należy stosować dodatkowego ucisku lub opaski dociskającej kompres, ponieważ zwiększa to ryzyko działań niepożądanych.

Plastrów "Opokan MED" nie należy stosować, gdy kompres został uszkodzony mechanicznie lub rozerwany, gdyż zawiera on sproszkowane żelazo. Bezpośredni kontakt żelaza ze skórą lub co gorsza oczami mógłby być niebezpieczny. Ponadto unikamy stosowania plastrów na uszkodzoną lub popękaną skórę, na obszarach ciała z upośledzonym odczuwaniem ciepła oraz na obszarach wylewów podskórnych czy obrzęków. 
Plastrów nie należy stosować także w połączeniu z maściami, czy żelami o działaniu przeciwbólowym, bądź rozgrzewającym. Myślę, że to ważna kwestia, bo wiem z doświadczenia, że niektórzy dla wzmocnienia efektu najpierw nasmarują się "Voltarenem", czy co gorsza "Fastum", a potem na to naklejają plaster. Nigdy tego nie róbcie. 

Są też sytuacje, kiedy zastosowanie plastra warto skonsultować z lekarzem, a mianowicie: cukrzyca, choroby skóry, ciąża czy zaburzenia krążenia. 
To najważniejsze informacje - myślę, że warto o nich pamiętać. Wydawać by się mogło, że to tylko plaster, więc jego stosowanie nie niesie ze sobą żadnego ryzyka, a jednak... 

Ale co takiego zawierają owe plastry, że mimo wszystko z bezpieczeństwem stosowania nie jest do końca tak kolorowo. Nazwa nieco myląca, bo okazuje się, że plastry "Opokan MED" nie mają wiele wspólnego z "Opokanem" w tabletkach, który zawiera przeciwzapalny i przeciwbólowy meloksikam. Plastry zawierają wspomniane wcześniej sproszkowane żelazo oraz węgiel aktywny. 

Dlaczego taki plaster grzeje...? Nie będę się tutaj wgłębiać w szczegóły, ale napiszę pokrótce. ;) Otóż zachodzi tutaj reakcja egzotermiczna utleniania rozdrobnionego żelaza metalicznego. Jeśli ktoś uważał na lekcjach chemii, to pewnie pamięta, że reakcja egzotermiczna to taka reakcja, której towarzyszy wydzielanie ciepła. A więc... w zetknięciu ze skórą plaster się nagrzewa. Wytworzone w ten sposób ciepło poprawia przepływ krwi w ogrzewanym obszarze skóry, a także w tkance podskórnej. Lepszy przepływ krwi to z kolei usprawnienie metabolizmu i poprawa dotlenienia tkanek. Mediatory stanu zapalnego są wtedy szybciej usuwane i dolegliwości bólowe z reguły ustępują. W teorii wygląda to więc ciekawie, ale jak jest w praktyce...? 

Okazuje się, że problemem może być nierównomierna dystrybucja ciepła wydzielanego przez tego typu preparaty. Zależy ona bowiem od miejscowego przepływu krwi, ale także od... grubości tkanki tłuszczowej. ;) Może się więc zdarzyć, że temperatura ciała w miejscu zastosowania wzrośnie nieco za dużo i wtedy poparzenie gotowe. Jaka temperatura może być niebezpieczna...? Według niektórych źródeł to już 44°C. A tymczasem po naklejeniu plastra w naszych tkankach temperatury plasują się na poziomie 37-42°C, więc sami widzicie jak niewiele potrzeba. 

Czy dotyczy to tylko plastrów "Opokan MED"...? 
Nie, bo sproszkowane żelazo z węglem aktywnym występuje też w plastrach "Ketonal Termo", "Apap thermal", "Voltaren Termal". A tak swoją drogą to podobna notka bezpieczeństwa publikowana była już w 2011 roku i wtedy dotyczyła plastrów "Ketonal Termo".

Myślę więc, że zasady bezpieczeństwa przytoczone na początku tego posta, warto mieć na uwadze jeśli sięgamy po któregokolwiek z tych plastrów. A kiedy po nie sięgamy...? Ano najczęściej w przypadku dolegliwości bólowych pleców, szyi i mięśni. Sama często stosuję plastry wygrzewające na kręgosłup. :) Niestety długie stanie przy okienku w aptece wybitnie mu nie sprzyja. ;)

Ja jednak jestem fanką już od dawna obecnych na rynku plastrów "Kapsiplast". Czym one się różnią..? 
W składzie nie znajdziemy tutaj już żadnego żelaza ani węgla aktywnego, tylko: wyciąg z korzenia pokrzyku oraz wyciąg z pieprzowca, czyli.. papryki ostrej. ;) Jak pewnie wiecie ostry i piekący smak papryki związany jest z obecnością związku zwanego kapsaicyną i jej pochodnych. I mała ciekawostka - kapsaicyna występuje w największej ilości w tkance łożyskowej podtrzymującej nasiona, dlatego... z reguły najbardziej ostre są właśnie te małe nasionka. ;) Kapsaicyna znalazła dziś zastosowanie w leczeniu wielu schorzeń, jednak głównie stosuje się ją w leczeniu przewlekłego bólu pochodzenia mięśniowo- szkieletowego. Dlaczego...? 
W skórze mamy specjalne receptory - TRPV1 nazywane nawet "receptorami wrażliwymi na kapsaicynę". ;)  Ich pobudzenie powoduje uwalnianie pewnych czynników prozapalnych, tj. substancji P. W efekcie kapsaicyna działa drażniąco na tkanki i wywołuje miejscowy efekt przekrwienia. Ale... kilkukrotne zadziałanie kapsaicyny na receptor powoduje jego "odwrażliwienie", w związku z tym przewodzenie bodźców bólowych jest zahamowane i... mamy zniesienie bólu.:) Ładnie to wszystko wygląda w teorii, prawda...? Dodam, iż w praktyce również. :) 
Bezpośrednio po naklejeniu plastra z kapsaicyną pojawia się charakterystyczne uczucie pieczenia - dla niektórych jest ono na tyle silne, że konieczne staje się usunięcie plastra zanim jeszcze zacznie działać. Często jednak już po około godzinie odczuwalna jest wyraźna ulga i następuje złagodzenie dolegliwości bólowych. Sama się o tym przekonałam już niejeden raz, gdyż mam tendencję do bólów kręgosłupa zarówno odcinka lędźwiowego, jak i szyjnego. 

Sami przyznacie więc, że ciekawe właściwości ma ta niepozorna ostra papryczka. ;) Dziś na rynku mamy nie tylko plastry z kapsaicyną ("Kapsiplast", czy "Fastplast" - te znane pewnie niektórym jako "plasterki ze smokiem" bo widnieje on na opakowaniu zewnętrznym), ale także maści, czy też żele. Ja wolę stosować plastry, natomiast pewną wadą jest ich odklejanie... hihi... najlepiej zrobić to mimo wszystko jednym energicznym ruchem, natomiast np. Panowie z owłosionymi plecami mają wtedy przy okazji darmową depilację, niekoniecznie przyjemną. ;) 
Oczywiście plastrów z kapsaicyną także nie wolno stosować na uszkodzoną skórę bądź na rany. To chyba naturalne, a poza tym nie naklejamy plastra w to samo miejsce - chyba, że po kilkudniowej przerwie. 

I na koniec mała ciekawostka apropos papryczki ostrej. :) Mój autorytet w dziedzinie fitoterapii, prof. Różański podaje iż, papryka ostra mielona spożywana w ilości 1 łyżeczki 1-2 razy dziennie, zarówno u kobiet jak i mężczyzn zwiększa popęd płciowy i pogłębia odczuwanie bodźców seksualnych. Hmmmm... Może więc warto, aby na stałe zagościła w naszej diecie...? ;)

Warto również przeczytać:

poniedziałek, 9 marca 2015

Kamica nerkowa

Wreszcie udało się mi nadrobić trochę zaległości w komentarzach i mailach. Łatwo nie było, ale powoli wychodzę na prostą. :)  Mam nadzieję, że od teraz wpisy na blogu będą się pojawiać już regularnie... hihi... pewnie do następnego urlopu w tym roku. 
Po takiej przerwie ciężko o natchnienie do napisania nowego artykułu. Na szczęście temat nasunęła mi sytuacja w aptece, jaka całkiem niedawno miała miejsce. Otóż... miałam pacjentkę, która z racji na kamienie nerkowe kupowała "Rowatinex". Ponieważ lubię udzielać pacjentowi szerszej informacji wspomniałam o potrzebie przyjmowania zwiększonej ilości płynów i o konieczności przestrzegania odpowiedniej diety, a pacjentka... zapytała "robiąc przy tym oczy jak pięć złotych", co ma dieta do kamieni moczowych? Okazuje się, że ma i to bardzo dużo - dziś więc trochę informacji na ten temat. 
Najpierw kilka słów tytułem wstępu, czyli...

Co to takiego kamica nerkowa..?

Kamica nerkowa (moczowa) to choroba, której towarzyszy powstawanie złogów w nerkach lub drogach moczowych. Krotko mówiąc mamy do czynienia ze zjawiskiem wytrącania się związków chemicznych stanowiących prawidłowe lub patologiczne składniki obecne w moczu. 
A teraz UWAGA! Często choroba przebiega w początkowej fazie bezobjawowo i właściwie o "kamieniach nerkowych" dowiadujemy się dopiero jak dopadnie nas atak kolki nerkowej. Co to takiego? Kolka nerkowa pojawia się wtedy, gdy nastąpi nagły wzrost ciśnienia w górnych drogach moczowych, wywołany zalegającym moczem. Najczęściej jest to konsekwencja zatkania moczowodu przez kamień moczowy. Moczowody mają średnicę od 3 do 9 mm, a tymczasem kamienie nerkowe bywają czasami naprawdę spore. Ból przy ataku kolki nerkowej jest naprawdę baaaardzo silny, czasami prowadzi do omdlenia. Z reguły nie pomagają wówczas zwykłe leki przeciwbólowe i kończy się na SORZe. 

Skład kamieni nerkowych może być różny  i w zależności od tego rozróżniamy:

- kamicę moczanową
- kamicę szczawianową
- kamicę wapniowo-fosforanową
- kamicę cystynową

Kamica nerkowa a dieta

Jak już wspominałam we wstępie przy kamicy moczowej niebagatelne znaczenie ma odpowiednia dieta. Pilnując odpowiedniej diety, możemy zminimalizować ryzyko nawrotów choroby. Okazuje się jednak, że to wszystko nie jest takie proste... dieta zależy od tego z jakim rodzajem kamieni mamy do czynienia. A więc pozwolę sobie zrobić teraz taki mały przegląd. ;)

W kamicy wapniowo-fosforanowej: 

1) przede wszystkim ograniczyć należy produkty bogate w wapń, a więc mleko, sery, jogurty i desery mleczne. W sumie jest to logiczne, więc łatwo zapamiętać. :)  Ale uwaga.... dość duża zawartość wapnia jest też w sardynkach i śledziach z puszki, ;) więc nie należy przesadzać z konserwami rybnymi.

2) warto natomiast wzbogacić swoją dietę w pokarmy zakwaszające: jaja, pieczywo, wędliny, mięso.

W kamicy moczanowej:

1) przede wszystkim należy ograniczyć produkty zawierające dużo puryn, czyli mięso (cielęcina, jagnięcina, dziczyzna) oraz np. wątróbkę, a także wywary mięsne.
Jednak to nie wszystko uwaga także na grzyby (pieczarki, boczniaki, prawdziwki) i rośliny strączkowe (groch, fasola, soczewica, jarmuż)

2) ograniczyć należy czekoladę, kakao, mocną herbatę i .. kawę... ech.. z tym pewnie byłoby mi ciężko, bo poranna kawa to niemal rytuał każdego dnia. ;)

3) wskazana jest dieta jarsko-mleczna alkalizująca mocz (mleko, owoce, warzywa - oczywiście wybrane)

W kamicy szczawianowej:

1) ograniczyć należy produkty, które zawierają duże ilości kwasu szczawiowego - to także logiczne, więc pewnie nie będzie problemu z zapamiętaniem. A jakie to produkty? Warzywa takie jak szczaw, rabarbar, szpinak.. myślę, że generalnie nie jadamy tych dobrodziejstw często, więc problemu z wykluczeniem z diety pewnie nie będzie, ale także... kakao, bądź herbata.

2) ważne jest ograniczenie spożycia cukru i słodyczy... oj i z tym niektórzy pewnie mogą mieć problem ;)

3) zaleca się natomiast dietę bogatą w pokarmy zakwaszające (podobnie jak w kamicy wapniowo-fosforanowej) czyli w ruch idzie pieczywo, jaja, mięsko i wędliny

4) nie należy używać zbyt dużo czarnego pieprzu ;) mam nadzieje ze mój mąż to przeczyta, bo dla niego pieprz to musi być w dużych ilościach niemal do wszystkiego ;)

To mniej więcej najważniejsze informacje w kwestii diety. Przyznacie, ze troszkę to wszystko zagmatwane, ;) ale jest jedna prosta zasada przy kamicy nerkowej, niezależnie od jej rodzaju. :) Otóż zawsze wskazane jest przyjmowanie dużej ilości płynów i o tym pamiętajcie. Pewnie słyszeliście tez o piwie... Hehe... Tutaj pewnie piwosze już się uśmiechają ;) choć ja alkoholu polecać nie będę, bo nie wypada. ;) Wspomnę natomiast o "Wodzie Jana", bo ona także jest dobrodziejstwem przy kamieniach nerkowych.


I na koniec jeszcze słów kilka o ziołach w kontekście kamicy moczowej. Tak, tak... okazuje się, że one mogą być także bardzo pomocne. Zainteresowanym mogę podesłać skład mieszanek ziołowych w zależności od rodzaju kamicy. 
A jakie gotowe preparaty apteczne możemy wykorzystać...? Na pewno herbatki o działaniu moczopędnym takie jak "Urosan fix". Pewnie Ci, którzy zmagają się z kamieniami znają także specyfiki takie jak "Debelizyna", czy "Fitolizyna". Mają one postać pasty doustnej, a więc ciekawej ;) 1 łyżeczkę takiej pasty rozpuszcza się w pół szklanki przegotowanej wody. Podobno smakują okropnie, choć przecież nie o smak, a o skuteczność tutaj chodzi.

Jeśli chodzi o specyfiki ziołowe, ja ze swej strony polecić mogę "Urostonex" saszetki. Nie jest to tania inwestycja, bo 20 saszetek to koszt około 25-30zł, a zalecane dawkowanie to nawet 3 saszetki dziennie, jednak myślę, że warto. Podobno preparat jest naprawdę skuteczny - oczywiście po kilku dniach nie zdziała cudów, ale dłuższa terapia jak najbardziej jest godna polecenia. 
A co mamy w składzie...? Wyciąg z owoców cytryny, wyciąg z korzenia pochrzynu, witaminę B6, oraz ... wyciąg z korzenia szparaga lekarskiego. Szparagi to warzywa cenione ze względu na walory smakowe, ale jak się okazuje nie tylko tutaj mogą się wykazać. Wyciąg z korzenia szparaga wspomaga funkcję wydalniczą nerek oraz poprawia przepływ moczu, a więc przy kamicy jak znalazł. ;) A tak na marginesie... szparagi podobno korzystnie wpływają na potencję.

Do dyspozycji mamy także kapsułki "Rowatinex". Jest to lek, który wykazuje działanie moczopędne, a także łagodnie rozkurczające na drogi moczowe. Dzięki temu ułatwia on wydalanie mniejszych złogów nerkowych.

Warto również przeczytać:


sobota, 21 lutego 2015

Porost islandzki

Zastanawiałam się dość długo o czym by tu napisać, aby Was nie zanudzić i padło na... porost islandzki (Lichen islandicus), bo pewnie większość z Was zna taki preparat na gardło jak np. "Isla". 

Tutaj muszę się Wam przyznać, że ten artykuł zaczęłam pisać już wcześniej, ponieważ jak już wspominałam, obecnie jestem na urlopie, a w końcu na urlop jedzie się po to, żeby odpocząć. ;) Poza tym zagraniczny wypad z dwójką bądź co bądź małych dzieciaków to nie lada wyzwanie:) ale na szczęście udało się dotrzeć do celu kilka tys. km od Polski. ;)
W tym miejscu również chciałabym prosić Was o wyrozumiałość - na wszystkie maile i komentarze odpowiem z mniejszym lub większym opóźnieniem.

Ale wróćmy do tematu porostu islandzkiego. 
Tarczownica islandzka ( in. płucnica islandzka, porost islandzki) zaliczana jest do porostów, czyli organizmów symbiotycznych. Nie wiem jak Wy, ale jeszcze z podstawówki z biologii pamiętam takie hasło: glon+grzyb=porost :) proste, prawda..? Grzyb dostarcza glonom wodę i sole mineralne, a glony przeprowadzają proces fotosyntezy i wszyscy są zadowoleni. :)  Porost islandzki zaliczany jest do plechowców, czyli nie ma zróżnicowania na korzeń, łodygę i liść jak w przypadku roślin wyższych. Całość to tak zwana plecha- i to właśnie ona jest surowcem leczniczym. Więc przejdźmy do konkretów, czyli...

Jakie są właściwości lecznicze porostu islandzkiego?

Porost islandzki działa powlekająco, przeciwzapalnie i przeciwbakteryjnie, w związku z tym świetnie się sprawdza przy przeziębieniu, zwłaszcza wtedy, kiedy męczy nas suchy kaszel, mamy podrażnione gardło i chrypkę. Oczywiście skrzętnie to wykorzystał przemysł farmaceutyczny i mamy już całą gamę preparatów z porostem. No, a jakże inaczej. ;)

Chyba najbardziej znany preparat, od lat już obecny na aptecznych półkach to "Isla" - dziś już w kilku wersjach smakowych (czarna porzeczka, mięta czy imbir). Zdecydowanie największym powodzeniem cieszy się "Isla-Cassis", czyli o smaku czarnej porzeczki i chyba słusznie. Mi także ona najbardziej przypadła do gustu, mimo, że za czarną porzeczką prosto z krzaczka nie przepadam. 
Co mamy w składzie tego popularnego preparatu? Każda pastylka to 80 mg wodnego wyciągu z porostu islandzkiego - ot cała tajemnica;) Preparat doskonale powleka błonę śluzową gardłą i krtani oraz łagodzi podrażnienia niczym kojący balsam. Sama się o tym przekonałąm już kilkakrotnie - bo niestety praca farmaceuty to często praca głosem, a gardło niekiedy odmawia posłuszeństwa.
I mała, ale ważna uwaga. "Islę" mogą stosować kobiety w ciąży i karmiące piersią. :)

Jak to jednak zwykle bywa w farmacji - konkurencja nie śpi. :) Dziś mamy już więc kilka innych preparatów do ssania, również z porostem islandzkim.

Przykładem jest choćby "Fiorda" (wersja o smaku czarnej porzeczki, oraz cytrynowa). Tutaj 1 pastylka ma nieco więcej, bo 100 mg wyciągu z porostu, a dodatkowo laktoferyna i wyciąg z dzikiej róży w składzie, za co także duży plus. Laktoferyna to białko wsytępujące w mleku. Dzięki zawartości laktoferyny mleku matki karmiącej przypisuje się tyle wyjątkowych właściwości. Podnosi ona mechanizmy obronne organizmu, wpsomaga prawidłowe funkcjonowanie jamy ustnej i gardła.  Cena preparatu z reguły nieco niższa niż "Isla", a więc myślę, że to dobra alternatywa dla niej. No i mamy także wersję dla naszych milusińskich: "Fiorda junior" - o smaku malinowym. :) Preparat może być stosowany u dzieciaków od 4tego roku życia.

I jeszcze cała linia prooduktów o wdzięcznej nazwie "Chrypex" - trzy wersje smakowe (mięta, cytryna i...;) czarna porzeczka, a co - tradycji musi stać się zadość). Tutaj podobnie jak "Isla" 1 pastylka zawiera 80 mg wyciągu z porostu islandzkiego. Przyznam szczerze, że akurat "Chrypexów" nie próbowałam.

"Argentussin" to kolejny preparat w postaci pastylek do ssania z porostem islandzkim w składzie. Na szczęście producenci mają trochę polotu w kwestii skakowej - tutaj poza tradycyjną wersją o smaku czarnej porzeczki, mamy smak miętowo-cytrynowy, a więc zawsze jakieś urozmaicenie. :) Choć akurat mięta i cytryna to jakoś średnio mi pasują w duecie. Produkt został wzbogacony o nanokoloid srebra, co w sumie ciekawe - zapewne będzie dzięki temu silniejsze działanie przeciwbakteryjne.

I jest jeszcze "Vocaler"- ale tutaj dawka wyciągu z porostu w przeliczeniu na pastylkę raczej symboliczna, bo 15 mg. Mamy natomiast dodatkowo prawoślaz, co akurat mi się w sumie podoba. :) 

Sami więc przyznacie, że gama preparatów z porostem jest dość szeroka. Ale to nie wszystko. O dyskryminacji nie może być mowy, więc porost znajdziemu takżę w syropkach dla dzieciaków. :) Obecnie dość często zalecany jest przez pediatrów "Syrop islandzki". Dobrze łagodzi on podrażnienia gardła i suchy kaszel u dzieciaków. Ja osobiście nie jestem fanem leków ośrodkowo blokujących odruch kaszlu ("Sinecod", "Supremin", "Dexapico"), więc przyznam szczerze, że w dziecięcej apteczce zawsze mam "Syrop islandzki". Na podrażnione gardło, chrypkę i pokasływanie sprawdza się bardzo dobrze. I co ważne - jest bezpieczny do stosowania u dzieci już od 1 roku życia. Jak smakuje - nie wiem, nie próbowałam, ale moje starsze dziecię ocenia, że jest aż za nadto słodki.:) 

Mniej znany wśród lekarzy, ale także dość ciekawy jest syrop "Junior-angin". Tym razem smak czereśniowy, a więc dość oryginalnie. :) Poza porostem islandzkim mamy w składzie także wyciąg z malwy i cynk podnoszący odporność. 

Tyle na temat porostu w kwestii gardłowej, ale uwaga... Porost islandzki wykazuje także inne ciekawe właściwości, przykładowo czytajcie 'wrzodowcy'. Porost islandzki stosowany w małych dawkach zwiększa wydzielanie kwasu żołądkowego, natomiast w większych dawkach hamuje je. Jak dołożymy do tego własności powlekające, to mamy ciekawy środek zapobiegający nadkwasocie i powstawaniu wrzodów. Dodatkowo wspomaga on trawienie, pracę wątroby i trzustki, a więc przy schorzeniach przewodu pokarmowego jak znalazł. :) Obecnie jednak rzadko stosuję się go w takich wskazaniach.
Płucnica islandzka wykazuje także dzialanie przeciwwymiotne i znosi objawy choroby morskiej. Ciekawe prawda...?

No i jeszcze okulistyka. :) Napar z płucnicy można stosować do przemywania oczu w stanach zapalnych spojówek i powiek, o czym przyznaje się bez bicia - dowiedzialam się dopiero przygotowując się do tego artykułu. 

Warto również przeczytać: