piątek, 27 września 2013

Probiotyki a infekcje intymne

Na wstępie obiecane wyniki konkursu. Dziękuję za wszystkie zgłoszenia, nadesłaliście ponad 30 odpowiedzi. Zdecydowana większość była poprawna.

Dla formalności- prawidłowe odpowiedzi:
1) Koper włoski wchodzi w skład maści końskiej.
2) Do leczenia kurzajek wykorzystuje się sok z glistnika jaskółcze ziele.
3) W skórze pod wpływem promieni słonecznych powstaje witamina D.


Mój Synek wylosował szczęśliwą zwyciężczynię, którą została pani Elżbieta B z woj. Dolnośląskiego.
Dodatkowo, w nagrodę za najszybciej nadesłane poprawne odpowiedzi, do pani Agnieszki K z woj. Wielkopolskiego. powędruje zestaw próbek.
Serdecznie obu paniom gratuluję:) Nagrody zostaną wysłane w przyszłym tygodniu. Zachęcam do obserwacji bloga, bo za jakiś czas kolejny konkurs.

Wracając do tematu artykułu - jakiś czas temu pisałam o probiotykach. Dziś kontynuacja tego wątku, ale w aspekcie ginekologicznym i infekcji intymnych. 

Nie wiem czy wiecie, ale środowisko pochwy zdrowej kobiety zasiedla ponad 100 gatunków drobnoustrojów. Ciekawe jest to, że skład mikroflory pochwy zależy od szerokości geograficznej i ... rasy :), także właściwie u każdej kobiety jest inny. Z wyjątkiem kobiet po menopauzie,  w środowisku pochwy dominują  pałeczki kwasu mlekowego z rodzaju Lactobacillus. To właśnie one są niejako "strażnikiem" zdrowia kobiety i chronią przed infekcjami intymnymi. W jaki sposób...? 
Po pierwsze - dzięki produkcji kwasu mlekowego, zapewniają kwaśne pH w środowisku pochwy, które zapobiega wnikaniu drobnoustrojów, mogących wywołać infekcje. Po drugie - niektóre gatunki bakterii Lactobacillus wytwarzać mogą pewne substancje białkowe o działaniu przeciwbakteryjnym. I wreszcie po trzecie - konkurują one z bakteriami chorobotwórczymi o składniki odżywcze. Dobrze, że mamy do dyspozycji na co dzień takich "strażników", prawda?

Niestety jednak dość łatwo tą naturalną barierę ochronną zaburzyć, choćby przez kuracje antybiotykowe, stosowanie doustnych środków antykoncepcyjnych  częste zmiany partnerów seksualnych, bądź błędy higieniczne. I co wtedy?  Ano pole do popisu mają wówczas "nieproszeni goście" czyli bakterie patogenne, grzyby, pierwotniaki i... infekcja gotowa.
Właśnie dlatego warto pamiętać o probiotykach, które mogą być niesamowicie pomocne w odbudowie ekosystemu pochwy, a co za tym idzie zapobieganiu infekcjom. 

Długi czas w aptekach 'królował' "Lactovaginal", więc chyba nie ma kobiety, która by o nim nie słyszała. ;) Dziś jeśli chodzi o probiotyki ginekologiczne, mamy jednak w czym wybierać. Do dyspozycji są zarówno preparaty dopochwowe, jak i doustne.  Czym więc się kierować przy wyborze?
Po pierwsze polecam zwrócić uwagę na to, czy producent podaje na opakowaniu (w ulotce) nazwę konkretnego szczepu bakterii probiotycznych. Jeśli nie, to taki preparat raczej nie jest godny polecenia, ponieważ własności probiotyków są zależne od konkretnego szczepu! Dla ułatwienia wskazówka- nazwa szczepu jest trzyczłonowa, czyli mały przykład: nie wystarczy napisać Lactobacillus rhamnosus, tylko np. Lactobacillus rhamnosus 573.

Poza tym, oczywiście nie wszystkie szczepy mają odpowiednie badania, warto więc wybierać te preparaty, które zawierają szczepy o udokumentowanym działaniu. Wiem- przeciętnemu człowiekowi to nic nie mówi, dlatego teraz moja mała analiza. 
Z probiotyków dopochwowych godne polecenia są preparaty :

"inVag"- który zawiera 3 szczepy probiotyczne, których skuteczność  i bezpieczeństwo potwierdzono w badaniach klinicznych
Dodatkowo atutem jest oporność na środki plemnikobójcze tj. nanoxynol-9
"Gynophilus"- zawiera 1 szczep bakterii, ale także o udokumentowanym działaniu
i wspomniany wcześniej "Lactovaginal" .
Nie polecam natomiast takich na przykład preparatów jak "Floragyn", mimo, że preparat ma dodatkowe składniki, które mogą łagodzić infekcje, ponieważ producent nie wyszczególnia jakie szczepy są w składzie.

Pytacie mnie często  mailowo, jak to jest z probiotykami doustnymi, czy mają taką samą skuteczność w odbudowie flory, jak te przyjmowane dopochwowo. Okazuje się, że tak, choć pewnie niektórym wydaje się to nieprawdopodobne.
Ważne jest jednak, aby szczepy zawarte w preparacie były oporne na działanie soku żołądkowego i żółci-wtedy przechodzą przez przewód pokarmowy i docierają z okolic odbytu do pochwy:) No i oczywiście muszą to być szczepy, które wykazują powinowactwo do nabłonka pochwy i zdolność do jej kolonizacji;) dlatego nie wystarczy łykać sobie dowolny probiotyk- jaki z reguły stosuje się przy antybiotykoterapii, choć pewnie byłoby taniej.

Z "ginekologicznych" probiotyków doustnych polecić mogę takie preparaty jak:
"Provag", czy "Lacibios femina".

Nie wiem czy wiecie, ale jest jednak pewna różnica między probiotykami przyjmowanymi doustnie i dopochwowo. Uważa się, że preparaty dopochwowe działają szybciej, ale krótkotrwale, a probiotyki doustne wywołują bardziej długotrwały efekt kolonizacji pochwy, aczkolwiek ich działanie pojawia się z opóźnieniem. Wydaje mi się więc, że przy nawracających infekcjach w ramach profilaktyki warto wybrać probiotyk doustny, natomiast wtedy kiedy zależy nam na szybkim efekcie- dopochwowy. Ja często zalecam moim pacjentkom przy nawracających infekcjach zacząć od probiotyku dopochwowego (10 dni), a potem np. raz w miesiącu robić sobie kurację probiotykiem doustnym.

Pamiętajcie, że probiotyki ginekologiczne powinno się przyjmować 1-2 razy dziennie przez minimum 7 dni.
Preparaty doustne powinno się przyjmować w trakcie lub 30 min po posiłku. 
W tracie antybiotykoterapii zaś najlepiej przyjmować probiotyk doustny na godzinę przed lub 3 godziny po zażyciu antybiotyku. Ważne jest też, aby kurację taką kontynuować jeszcze minimum 7 dni po skończeniu antybiotyku. 

Na koniec mała ciekawostka. Nie wiem, czy wiecie, ale firma Holbex ma w swojej ofercie "tampony probiotyczne Ellen". Jest to w sumie jedyny taki produkt na rynku. Są to tampony nasączone kompleksem Lacto Naturel. Kompleks ten zawiera opatentowane szczepy bakterii probiotycznych, które wchodzą w skład mikroflory pochwy. Ich skuteczność potwierdzona została w badaniach klinicznych. Przyznam szczerze, że produkt wydaje się być ciekawy, ponieważ jak wiadomo w czasie menstruacji spada poziom pałeczek kwasu mlekowego w pochwie i rośnie pH, co zwiększa podatność na infekcje. Wiadomo natomiast, że podczas okresu bezzasadne jest stosowanie probiotyku dopochwowego, więc tampony Ellen wydają się być ciekawą alternatywą. Dodam jeszcze, że tampony Ellen dostępne są tak jak tradycyjne tampony w trzech rozmiarach - mini, normal i super. Każdy rodzaj wykazuje inny stopień chłonności wydzieliny menstruacyjnej, ale taką samą ilość bakterii probiotycznych. Wiem, że nie wszystkie Panie zdają się na tampony w "te" dni, ale dla zwolenniczek tamponów to na pewno fajna alternatywa:) z dodatkową korzyścią:)


Warto również przeczytać:


sobota, 21 września 2013

Konkurs na pożegnanie lata

Z okazji końca lata oraz nieuchronnie nadchodzących jesiennych słot, mam dla Was mały konkurs.
Tym razem nagrodą będzie krem ochronny do twarzy LIPO-INTENSIVE z serii Pharmaceris A, o wartości około 30 zł. Jest to krem rekomendowany do skóry wrażliwej i alergicznej na zimę, która zbliża się niestety wielkimi krokami.




Aby wziąć udział w losowaniu należy odpowiedzieć na trzy proste pytania oraz polubić moją stronę na Facebooku (przycisk znajduje się na górze strony po lewej stronie). Pytania są proste, ponieważ odpowiedzi na wszystkie z nich znajdziecie w tegorocznych artykułach na moim blogu. ;)

Oto one:

1) W skład jakiej popularnej maści wchodzi koper włoski?
2) Sok z której rośliny wykorzystać można do leczenia kurzajek?
3) Jaka witamina powstaje w skórze pod wpływem promieni słonecznych?

Odpowiedzi proszę przesyłajcie na mój adres e-mail: farmaceutka80@wp.pl, podając swoje imię i nazwisko oraz miejscowość zamieszkania. 
Spośród autorów prawidłowych odpowiedzi mój starszy Synek wylosuje jednego zwycięzcę.

Konkurs trwa do czwartku 26 września włącznie, a zwycięzcę ogłoszę w piątek, przy okazji publikacji nowego posta.

Dodatkowo osoba, która przyśle prawidłowe odpowiedzi jako pierwsza otrzyma ode mnie mini zestaw próbek kosmetyków :)

Warto również przeczytać:

wtorek, 17 września 2013

Katar, czyli co należy wiedzieć o kroplach nosa

Jest takie powiedzenie "Wszystko co dobre, szybko się kończy". Niestety lato praktycznie za nami i czy tego chcemy, czy nie - sezon na chorowanie zbliża się wielkimi krokami. Mój starszy Synek rozpoczął po wakacyjnej przerwie przedszkole i już po 3 dniach wrócił z katarem, z którym zmagaliśmy się cały ubiegły tydzień. Dziś więc kilka słów o katarze, ale raczej w kontekście prawidłowego stosowania leków podawanych "donosowo", bo zauważam niestety na tym polu dużo błędów.

Katar jest objawem zapalenia błony śluzowej nosa. Katar infekcyjny (towarzyszący przeziębieniu) szybko rozprzestrzenia się drogą powietrzno-kropelkową. Nie tylko bezpośredni kontakt z osobą zakatarzoną, ale nawet samo przebywanie w tym samym pomieszczeniu skutkować może zarażeniem.
Czynnikiem wywołującym katar z reguły są wszędobylskie wirusy, to ich inwazja powoduje szereg zmian w śluzówce nosa. Pojawia się stan zapalny, błona śluzowa nosa staje się przekrwiona i obrzęknięta, a jej komórki produkują zwiększoną ilość wydzieliny. Początkowo jest ona wodnista, ale z reguły z czasem staje się coraz bardziej gęsta. Często pojawiają się problemy z oddychaniem i uczucie "zatkanego nosa". Czasami wydzielina spływając po tylnej ścianie gardła powoduje kaszel. U mojego dziecka przy katarze jest to właściwie regułą. 

Ponieważ katar sam w sobie jest dość uciążliwą dolegliwością, pacjenci często sięgają po środki apteczne, aby skrócić czas jego trwania i w jakiś sposób załagodzić objawy. Pewnie wszystkim z Was znane jest powiedzenie, że "nieleczony katar trwa tydzień, a leczony siedem dni". Myślę, że coś w tym jest, bo wbrew pozorom walka z katarem do łatwych nie należy. Oczywiście w aptece mamy cały "arsenał" leków przeznaczonych do walki z katarem. 
Z doświadczenia wiem, że pacjenci nader często i chętnie sięgają po preparaty takie jak "Otrivin", "Nasivin", "Acatar", "Sudafed Xylospray" itp. Chyba nawet za chętnie. Dlaczego? Efekt działania tych preparatów rzeczywiście odczuwalny jest dość szybko. Znika uczucie "zatkanego nosa", łatwiej się oddycha, bo specyfiki te obkurczają naczynia krwionośne i zmniejszają obrzęk błony śluzowej, jaki towarzyszy katarowi, a więc ... niby wszystko super. 

Jest jednak jedno "ale", na które chciałabym Wam zwrócić tutaj uwagę. 

Pamiętajcie, że maksymalny czas stosowania tego typu preparatów to właściwie 5-7dni i na to chciałabym Was tutaj uczulić. Niestety nie wspominają o tym w reklamach telewizyjnych, a szkoda. Dziś na przykład widziałam reklamę TV "Otrivinu" i oczywiście tą kwestię zupełnie pominięto, za to podkreślono szybki czas działania i skuteczność preparatu. Reklama reklamą, ale niestety czasami także i farmaceuci zapominają przekazać pacjentowi tą istotną informację. 

Wszystko to skutkuje tym, że leki z tej grupy są jakże często nadużywane, co w efekcie prowadzi do uzależnienia... Przy długotrwałym stosowaniu tych preparatów efekt jest bowiem odwrotny od zamierzonego i katar nawraca. Dlaczego? Leki te zmniejszając przepływ krwi w śluzówce nosa powodują, że nie jest ona dobrze zaopatrywana w składniki odżywcze, staje się wysuszona. Reaguje ona na zaistniałą sytuację zwiększoną produkcją wydzieliny, na nowo pojawia się obrzęk i przekrwienie - często większe niż przed zastosowaniem leku... Skłania to pacjenta do sięgania po kolejne dawki kropli i tworzy się niejako błędne koło, a wtedy... uzależnienie gotowe. Ja w swojej praktyce aptecznej już niejeden raz zetknęłam się z pacjentem uzależnionym od tego typu specyfików - najczęściej od preparatu "Xylometazolin" w kroplach, bo to chyba najtańszy preparat z tego grona.  Nie wiem czy wiecie, że nadużywanie niewinnego "Otrivinu doprowadzić może nawet to zupełnego zaniku błony śluzowej nosa, czego nikomu nie życzę... Właśnie dlatego uczulam - leczenie "Otrivinem" i innymi tego typu wynalazkami powinno trwać maksymalnie kilka dni! Co więc mamy do dyspozycji w zamian? 

Na pewno wspomagać się można woda morską hipertoniczną, która dość dobrze udrażnia zatkany nos. Wiem jednak, że nie zawsze jesteśmy zadowoleni z jej działania, dlatego  wszystkim uzależnionym od kropli do nosa chciałabym przedstawić jeszcze inną alternatywę- spray do nosa "Fitonasal" z firmy Aboca. "Fitonasal" zawiera tylko naturalne składniki (prawoślaz lekarski, aloes, mirrę oraz olejki eteryczne), ale naprawdę świetnie udrażnia zatkany nos i ułatwia oddychanie- nie tylko przy infekcjach, ale także problemach alergicznych. Produkt ten nie zawiera substancji zwężających naczynia krwionośne i nie powoduje uzależnienia, dlatego nadaje się do częstego i długotrwałego stosowania. Dzięki obecności olejków eterycznych m.in. z z eukaliptusa i lawendy, nie tylko przepięknie pachnie, ale naprawdę szybko daje uczucie udrożnionego nosa- sama się o tym przekonałam kilka dni temu:) Dodatkowo dzięki składnikom żywicznym i śluzowym preparat nawilża błonę śluzową nosa i chroni ją przed podrażnieniami i drażniącymi czynnikami zewnętrznymi. I jeszcze jedna kwestia warta podkreślenia, "Fitonasal" ma postać mikroemulsji w spray'u, więc nie kapie z nosa:) Po jego aplikacji do nosa może wystąpić chwilowe uczucie pieczenia, dlatego nie zaleca się stosowania specyfiku u dzieci poniżej 8 roku życia. Dla dorosłych jednak to naprawdę fajne remedium na zatkany nos. Polecam spróbować:)

Czasami przy katarze warto wspomóc się także domowymi metodami, pomocne mogą tutaj być inhalacje z dodatkiem olejków (eukaliptusowego, sosnowego, rozmarynowego)...

Na koniec wspomnę, iż przy katarze zaleca się spożywanie dużej ilości płynów, co także rozrzedza wydzielinę. Można również wspomagać się metodą naszych 'babć', czyli miodem i czosnkiem ;) 

czwartek, 12 września 2013

Melisa lekarska

Dziś postanowiłam powrócić do tematyki ziół, a bohaterką tego posta uczynić melisę lekarską. :) To jedno z moich ulubionych ziół. Nie wiem jak Wy, ale ja lubię wypić sobie przed snem herbatkę z melisy, bo wyjątkowo mnie ona odpręża. Ale od początku...

Lecznicze własności tej rośliny znane i wykorzystywane były już w starożytności. Podobno starożytni kąpali się w naparze z melisy, aby nadać ciału przyjemny zapach oraz aromatyzowali wino jej liśćmi, a także stosowali liście melisy jako remedium po ukąszeniach owadów. Ze względu na charakterystyczny cytrynowy aromat, zielem melisy nacierano niegdyś nowo przygotowane ule, które miały zachęcić roje pszczół do ich zasiedlenia. Sprytnie, choć pewnie teraz pszczelarze mają już inne metody ;)

Obecnie melisa dość powszechnie występuje w klimacie śródziemnomorskim, raczej na zacienionych i wilgotnych terenach. Surowcem zielarskim jest liść melisy (Folium Melissae), rzadziej stosuje się ziele (Herba Melissae). 

Surowiec wykazuje przede wszystkim działanie uspokajające i nasenne, dlatego napary z melisy można z dobrym skutkiem stosować przy bezsenności (zwłaszcza na tle nerwowym), w stanach pobudzenia nerwowego, niepokoju, a także depresjach. Ze względu na działanie uspokajające i odprężające, napar z melisy łagodzi także bóle głowy oraz zaburzenia pracy serca związane z napięciem nerwowym. Oczywiście jeśli ktoś nie lubi parzyć ziółek (a wiem, że takich osób jest sporo, bo naród polski dość leniwy z natury jest) ;) to mamy na rynku aptecznym gotowe preparaty z wyciągiem z melisy. 
Tak naprawdę jednak ciężko znaleźć dobry preparat tylko i wyłącznie z melisą w składzie.

Firma Colfarm ma w swojej serii Zioła w tabletkach preparat "Melisa" - 30 tabletek to koszt około 7-8 zł. Wspominałam już w innym poście jednak, że nazwa "zioła w tabletkach" jest moim zdaniem mocno na wyrost, bo poza ekstraktem z melisy mamy w składzie całą masę substancji pomocniczych, których nasz organizm zapewne nie potrzebuje.

W mojej aptece szerokie grono fanów mają od zawsze "Meliski" Aflofarmu, chyba dzięki wdzięcznej nazwie. Obecnie dostępne są one zarówno w formie pastylek uspokajających do ssania, jak i drażetek, ale... w składzie pastylek na pierwszym miejscu znajduje się cukier (bo wiadomo - są do ssania, to muszą dobrze smakować) ;) Ilość ekstraktu z melisy jest jednak niewielka, bo w 1 pastylce mamy 53 mg, ilość magnezu właściwie znikoma - 19 mg jonów magnezu (i to jeszcze w formie węglanu, którego przyswajalność to ok 30%- czyli 7mg) :(, a więc tak jakby go nie było, dodatkowo wyciąg z szyszek chmielu i również cała masa dodatków. Tak więc jako cukierki jak najbardziej, natomiast na pewno w kwestii ukojenia nerwów niewiele zdziałają :)

Wiele natomiast jest preparatów, w których melisa występuje w towarzystwie innych wyciągów ziołowych o działaniu uspokajającym, ale... ziołowe preparaty uspokajające to raczej obszerny temat na osobnego posta.

Pewnie większość z Was kojarzy melisę właśnie z działaniem uspokajającym, choć liść melisy pobudza także wydzielanie soków trawiennych, działa rozkurczowo na mięśnie gładkie przewodu pokarmowego oraz żółciopędnie. Właśnie dlatego napar z melisy można stosować także w różnych zaburzeniach trawiennych, a także przy schorzeniach dróg żółciowych, oraz jako środek łagodzący nudności,wymioty, czy kolki.
Wyciąg z liści melisy jest jednym z wielu ziołowych składników preparatu "Iberogast". Jest to doustny płyn zawierający bogaty wachlarz wyciągów roślinnych, który podobno super sprawdza się przy różnorakich dolegliwościach trawiennych, a także schorzeniach jelit. 

Melisa ponadto łagodzi objawy zespołu napięcia przedmiesiączkowego, dlatego może warto przed miesiączką zamienić wieczorną herbatkę na "Melisa fix" ;)

Na koniec wspomnę jeszcze o tym, że melisa wykazuje także działanie przeciwwirusowe oraz przeciwzapalne. Okłady z naparu z melisy można stosować do łagodzenia dolegliwości po ukąszeniach owadów, a także w bólach reumatycznych oraz co ciekawe - przy opryszczce. Tak, tak... Myślę, że Ci, którzy zmagają się z opryszczką wargową, która jak wiadomo często nawraca, powinni bliżej zaprzyjaźnić się z melisą ;) 

Oczywiście i tutaj nie jest konieczne parzenie ziółek, bo mamy gotowe specyfiki z melisą do stosowania przy opryszczce, takie jak:
"Lips Help maść na opryszczkę" oraz "Lips Help sztyft" do pielęgnacji i ochrony ust w trakcie występowania opryszczki oraz do profilaktyki jej nawrotów. Na pewno melisa nie zadziała aż tak silnie jak acyklovir (czyli pospolity "Zovirax"), wtedy kiedy już pojawią się pęcherzyki, ale myślę, że w ramach profilaktyki warto mieć pod ręką taki sztyft do ust wzbogacony o melisę ;)

Pamiętajcie również o tym, że melisę można wykorzystać również w kuchni, zwłaszcza jej świeże liście o ciekawym, świeżym aromacie. Ja postanowiłam właśnie powiększyć o melisę moją kuchenną kolekcję ziół doniczkowych. ;)

I na koniec mała ciekawostka. Podobno w XVII wieku popularna była korzenna wódka z melisy "karmelitańska dusza", którą uważano za panaceum na wszelkie dolegliwości. Ciekawe jak smakowała ;) I szkoda, że w obecnych czasach nikt nie powrócił do jej produkcji ;) 


poniedziałek, 2 września 2013

Wapń

Dziś zgodnie z obietnicą napiszę na temat wapnia, który jest jednym z minerałów niezbędnych do funkcjonowania naszego organizmu. W organizmie dorosłego człowieka znajduje się ok. 1 kg wapnia, z czego około 99% buduje strukturę kości i szkliwa. Zapewne większość z Was kojarzy reklamę "Danonków" dotyczącą "mocnych kości" ;)

Rola wapnia w naszym organizmie nie ogranicza się jednak do kości i zębów, o czym czasem zapominamy. Wapń wspomaga układ nerwowy, uczestniczy w skurczu mięśni (także mięśnia sercowego), reguluje ciśnienie krwi i rytm serca, bierze udział w krzepnięciu krwi i gojeniu ran oraz jest niezbędny do prawidłowego wzrostu i rozwoju organizmu. A więc... funkcje posiada naprawdę różnorodne. 

Dziennie potrzebujemy około 1g wapnia, ale warto wiedzieć, że zapotrzebowanie na wapń zwiększa się u kobiet w ciąży, mam karmiących, młodzieży w okresie intensywnego wzrostu oraz kobiet w okresie pomenopauzalnym (wynosi wtedy ok. 1,5 g). 

Od dzieciństwa chyba wszyscy są świadomi, że bogatym źródłem wapnia jest mleko oraz produkty nabiałowe (jogurt, kefir, maślanka, twarożki, sery). Jako ciekawostkę podam fakt, że aby dostarczyć organizmowi wymagany 1g wapnia, trzeba wypić 4 szklanki mleka, zatem niemało. ;) Nie wiem jednak czy wiecie, że stosunkowo dużo wapnia mają też ryby morskie oraz kawior - no ale któż może sobie na niego regularnie pozwolić, a także sezam, pestki słonecznika czy suszone figi ;) Myślę, że warto o tym pamiętać, bo z doświadczenia wiem, że zwłaszcza dzieciaki czasami ciężko przekonać do picia mleka. Ja mam w domu takiego jednego uparciucha, który "Łaciate" omija z daleka.
Nie wiem czy wiecie, że niedobór wapnia w okresie intensywnego wzrostu może po latach prowadzić do wczesnego pojawienia się osteoporozy, a więc... jest o co zawalczyć :)

Oczywiście rynek apteczny oferuje nam całą gamę preparatów wapniowych. Zalecane są one zarówno jako uzupełnienie diety, kiedy wapnia w pożywieniu dostarczamy niewiele, bądź też leczniczo między innymi przy skurczach i drżeniach mięśni kończyn dolnych, przy nadmiernym napięciu nerwowym, w nadciśnieniu, przy nadkwaśności (jako środek zobojętniający) i chyba najczęściej przy osteoporozie, osteomalacji oraz po złamaniach kości. Preparaty zawierające wapń zalecane są także w łagodzeniu objawów alergii oraz wspomagająco przy przeziębieniach.

Czym się więc kierować przy wyborze odpowiedniego preparatu? 

Po pierwsze pamiętajcie, że liczy się ilość wapnia elementarnego, a nie jego soli. Przykład: "Orocal D3" - 1 tabletka zawiera 1250 mg węglanu wapnia, czyli 500 mg wapnia. 

Działanie wapnia zależy jednak nie tylko od jego dawki, ale także rodzaju związku w jakim występuje. Większość preparatów, które znaleźć można na aptecznych półkach zawiera w składzie węglan wapnia (często z muszli ostryg). Przykłady to wspomniany już "Orocal D3" czy też "Ostercal 1250 D" Dlaczego? Jest tani, łatwo dostępny i ma dużą zawartość wapnia elementarnego w soli. Ale węglan wapnia to sól nieorganiczna, którą u przeciętnego pacjenta cechuje stosunkowo niski stopień przyswajalności - ok. 20-25 %. 
Poza tym preparaty zawierające wyłącznie węglan wapnia mogą zwiększać ryzyko powstawania kamieni w drogach moczowych (a więc uwaga chorzy z kamicą nerkową!), powodować zaparcia oraz zobojętnienie soku żołądkowego.

Ci, którzy czytali mój post o magnezie pewnie pamiętają, że lepiej przyswajalne były jego połączenia organiczne. Czy podobnie jest z wapniem...? Właściwie tak, ale te różnice nie są aż tak znaczące... Okazuje się, że przyswajalność wapnia z glukonianu czy mleczanu wynosi ok. 20-30%, z cytrynianu ok. 30-45 %, czyli przewaga na korzyść połączeń organicznych jest, ale raczej niewielka. Poza tym preparaty zawierające wapń w połączeniach organicznych z reguły zawierają jego niewielką dawkę w jednej tabletce, co związane jest z ograniczeniami technologicznymi. Z tego też powodu wymagają zwiększonego dawkowania - nawet kilka razy dziennie po kilka tabletek. Przykładem jest "Calcium gluconicum": 1 tabletka to 500 mg glukonianu wapnia, czyli ok. 45 mg jonów wapniowych, zatem zalecane dawkowanie to 3 tabletki po 3-4 razy dziennie, także sporo....i chyba dla zapominalskich byłoby to kłopotliwe.
Pewną alternatywą jest więc wapń w formie musującej. Ja lubię polecać na przykład preparat: "Calcium 500 D" Polfy Łódź w saszetkach. 1 saszetka zawiera 500 mg wapnia (w postaci laktoglukonianu czyli połączenia organicznego), witaminę D oraz C.

Ponieważ  różnice w przyswajalności wapnia z połączeń organicznych i nieorganicznych nie są bardzo duże, teoretycznie wydawać by się mogło, że to czy wybierzemy węglan czy glukonian lub cytrynian nie ma jakiegoś kolosalnego znaczenia. U niektórych pacjentów pewnie tak jest, natomiast... Są badania które wykazały, że u kobiet w okresie pomenopauzalnym przyswajalność wapnia z węglanu wynosi tylko ok. 4%. Właśnie z tego powodu Paniom w wieku okołomenopauzalnym raczej nie polecam stosować specyfików na osteoporozę z węglanem wapnia, które chyba i tak mimo wszystko są najbardziej popularne. 
Dla nich lepszą alternatywą będzie wspomniany "Calcium 500 D" Polfy Łódź, czy "Wapń z witaminą D" Solgara (zawierający wapń w formie cytrynianu).
Jest jeszcze "Chela-Calcium D3" Olimpu (zawierający wapń w formie chelatu), ale ja w dalszym ciągu do chelatów podchodzę sceptycznie;) 

I na koniec jeszcze jedna uwaga. Przy niedoborze wapnia zaleca się ograniczyć używanie soli kuchennej, ponieważ zmniejsza się wtedy ryzyko osteoporozy u kobiet po menopauzie.



Warto również przeczytać:

Niedobór żelaza

Magnez

Na lepszy nastrój

Powiadomienia o nowych wpisach :)