piątek, 27 kwietnia 2012

Ochrona przeciwsłoneczna u dzieci

Dziś tak jak obiecałam będzie w dalszym ciągu " słonecznie" ;) ale tym razem o kremach z filtrami dla dzieci. Z racji tego, że skóra naszych milusińskich jest cieńsza i ma słabsze mechanizmy obronne, dużo łatwiej ulega poparzeniem. Dlatego też uważa się że:
- dziecko do 6 miesięcy nie powinno w ogóle przebywać na słońcu
- dziecko 6-12 miesięcy może przebywać na słońcu do 15 min dziennie, ale z zastosowaniem fotoprotektora SPF 50+
- dziecko 1-3 lat może przebywać na słońcu do 20 min ale z ochroną SPF 50 + lub SPF 40
- dziecko od 4 lat może przebywać ok godziny na słońcu, ale z SPF 30.

W aptece i drogeriach mamy oczywiście cały asortyment kremów z filtrami. Czym więc się kierować przy wyborze? Wszystko zależy od tego, czy skóra naszego dziecka jest wrażliwa i czy dziecko ma tendencję do alergii.  

Jeśli dziecko jest alergikiem, polecałabym używać kremów ochronnych zawierających tylko filtry mineralne, bo one z reguły nie uczulają, są bezpieczniejsze, i co ważne chronią przed promieniowaniem UVA i UVB. Ja osobiście bardzo lubię polecać krem mineralny z firmy Mustela SPF 50+ dla skóry podatnej na nietolerancje, czyli do skóry atopowej. Jest on bezpieczny do stosowania już od pierwszych dni życia, i co istotne nie zawiera alkoholu, barwników ani parabenów, czyli tego wszystkiego czego boimy się w kremach dla dzieciaków o delikatnej i wrażliwej skórze. Niestety nie jest to mały wydatek, bo za 50 ml przyjdzie nam zapłacić ok 60zł. Myślę jednak, że warto w niego zainwestować. 

Jest jeszcze z Ziołoleku Linomag Sun krem z filtrem mineralnym SPF 30 do stosowania u niemowląt niby od pierwszych dni życia, ale są tam w składzie parabeny, więc tak średnio polecam do delikatnej i wrażliwej skóry, no i filtr tylko 30. Poza tym sprawdziłam osobiście i rozsmarowuje się koszmarnie.
Podobnie rzecz się ma z Nivea Baby - krem ochronny na słońce z faktorem 30, także w składzie parabeny :( 

Jeśli maluch nie jest alergikiem, to w asortymencie Musteli mamy też krem ochronny SPF 50+ do skóry delikatnej i wrażliwej, ale on zawiera już ekrany organiczno-mineralne. Nadaje się do skóry wrażliwej, jednak atopowej już niekoniecznie. Podobnie ze sprayem SPF 50+.

I dość lubiane u mnie w aptece są też preparaty firmy Ziaja. Emulsja ochronna z filtrem 30 do stosowania od pierwszych dni życia z filtrami mineralnymi, oraz Emulsja ochronna SPF 50 z filtrami mineralno-organicznymi do stosowania od 6 miesiąca życia. Ale alergicy powinni uważać z Ziajką, ze względu na te "nieszczęsne" parabeny w składzie.

Warto również przeczytać:


środa, 25 kwietnia 2012

Ciemna strona słońca

Wreszcie mamy za oknem piękną wiosenną pogodę :) Nie wiem jak Wy, ale ja od razu lepiej się czuję i mam więcej energii ;) Mam nadzieję, że słońce zostanie z nami na dłużej. 
Na początek kilka ciekawostek - Słońce ma średnicę około 1,3 mln kilometrów, a na jego powierzchni temperatura osiąga około 5500 °C. W głębi dochodzi nawet do 14mln °C :) Zadziwiające, prawda...? 
A co nam daje Słońce, na które tak z upragnieniem większość z nas czeka co roku? Po pierwsze światło i ciepło, które są niezbędne do podtrzymywania życia na Ziemi. Po drugie Słońce to taki akumulator dobrego nastroju, ponieważ w istotny sposób wpływa na ośrodkowy układ nerwowy, odpręża i uspokaja, sprawia, że widzimy świat w kolorowych barwach. Podobno najlepszy sposób na zły nastrój i chandrę, to wyjazd na kilka dni do jakiegoś ciepłego kraju, gdzie słońce świeci cały dzień. Efekt murowany ;) Naukowcy piszą też, że światło słoneczne poprawia wydolność mięśnia sercowego, działa przeciwbólowo, przyspiesza przemianę materii. Poza tym stale i wciąż na topie jest piękna, letnia opalenizna ;) Która kobieta o niej nie marzy? ;) Ponadto chyba każdy z nas też pamięta, że pod wpływem słońca powstaje w naszej skórze witamina D, jakże ważna dla naszego organizmu. O witaminie D jednak będzie innym razem. 
Dziś chciałabym wspomnieć przede wszystkim o ciemnej stronie słońca... 
Tak, tak... Mimo tylu zalet, nie zalecam oddawać się letniemu słoneczku bez reszty. Zdecydowanie negatywne skutki promieniowania słonecznego to przede wszystkim:
- oparzenia skóry (wywołane przez promieniowanie UVB) i tu w zależności od natężenia odczynu pojawiają się: rumień, obrzęk i pęcherze
- przedwczesne starzenie się skóry i zmiany nowotworowe (wywołane przez promieniowanie UVA, które stanowi aż 95% promieniowania UV docierającego do powierzchni ziemi) Podam tu może taką przykrą statystykę -  promieniowanie UV jest przyczyna ponad 90% nowotworów skóry.
- zmiany barwnikowe, które są wynikiem zaburzeń procesu tworzenia melaniny w skórze pod wpływem promieniowania UV( piegi, ostuda)

Naszą naturalną ochroną przed promieniowaniem UV jest wydzielanie melaniny, co odpowiada za efekt opalenizny, ale to niestety za mało. Podstawą bezpiecznej ekspozycji na słońce jest więc właściwe stosowanie preparatów ochronnych. 
W aptece mamy do wyboru całą gamę kremów, emulsji i balsamów do każdego rodzaju skóry, także atopowej. Kosmetyki te zawierają albo filtry mineralne (fizyczne), które odbijają promieniowanie UV albo filtry chemiczne, które pochłaniają promieniowanie UV i wnikają w wierzchnią część naskórka. Warto pamiętać, że filtry mineralne chronią zarówno przed promieniowaniem UVA jak i UVB, natomiast filtry chemiczne chronią dobrze tylko przed promieniowaniem UVB, a tylko niektóre zabezpieczają przed UVA. I co ważne - filtry mineralne nie powodują uczuleń, dlatego są dobre dla osób ze skłonnościami do alergii, natomiast filtry chemiczne mogą uczulać i nie zawsze są dobrze tolerowane przez skórę wrażliwą...

Generalnie na opakowaniach kosmetyków do opalania mamy z reguły tajemnicze skróty, które mało kto potrafi sobie rozszyfrować. Pamiętajcie, ze zdolność ochrony filtru przed promieniowaniem UVB określa się przez podanie wartości SPF (ang. Sun Protection Factor) - jest to stosunek czasu, po którym pojawi się rumień na skórze pokrytej filtrem do czasu powstania rumienia na skórze niechronionej. Czasem z niemieckiego może być to oznaczone jako LSF, albo z francuskiego IP.
O obecności filtrów UVA informują natomiast następujące określenia na opakowaniach : IPD, PPD czy PFA. Nie będę tutaj rozszyfrowywała tych skrótów - zainteresowanym odpowiem mailowo na pytania ;) 

Czym się więc kierować przy wyborze odpowiedniego poziomu ochrony przed promieniowaniem słonecznym? Myślę, że warto znać swój fototyp skóry. Podaję tabelę, z której łatwo go określić, z jednoczesnym zaznaczeniem jaka ochrona będzie wskazana. Zdecydowanie warto się nią posłużyć przy zakupie preparatu do opalania ;)  

fototyp
typ skóry
kolor włosów
wysokość ochrony w pierwszych dniach opalania
wysokość ochrony w kolejnych dniach opalania
  0  
(albinos)
mleczno-biała karnacja, 
brak piegów
biały
nie należy się opalać

I
bardzo jasna karnacja, 
liczne piegi
rudy
jasny blond
SPF 50+
SPF 50+
II
jasna karnacja, niewiele lub brak piegów
blond
SPF 30-50
SPF 20-30
III

ciemna karnacja

brązowy
SPF 30-50
SPF 20-25
IV
bardzo ciemna karnacja

ciemny brąz czarny
SPF 20-25

Pamiętajcie też o ochronie ust, które są pokryte naskórkiem bardzo wrażliwym na promieniowanie UV i stosujcie w sezonie letnim pomadki z filtrami UV. 
Polecam również kontrolę swoich znamion na skórze, ponieważ z roku na rok rośnie niestety liczba pacjentów z nowotworami skóry. 

Kiedy pieprzyki i inne znamiona powinny nas zaniepokoić?
Wtedy, gdy znamiona powiększają się, zmieniają kolor na inną barwę, zaczynają krwawić, sączyć się lub zaczynają z nich wyrastać włosy. 

To tyle na dzisiaj. Następnym razem napiszę o preparatach na słońce u dzieci :)




poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Praga - nietypowo


Tym razem to nawet dwukrotnie nietypowo, bo nie będzie artykułu o lekach czy schorzeniach, ale o Pradze i to tej, której turyści z reguły nie odwiedzają.
Byłam już w Pradze kilkukrotnie i od razu zaznaczę, że jeśli ktoś jest w niej pierwszy raz, to powinien skupić się raczej na tzw. ‘must see’ w tym mieście, czyli zobaczyć np.: Plac Wacława (Václavské náměstí), Rynek starego miasta (Staroměstské náměstí), most Karola (Karlův most), Hradczany (Hradčany) z katedrą św. Wita, Złotą Uliczką (nawiasem mówiąc moim zdaniem zdecydowanie przereklamowaną) czy pałacem prezydenckim.

Jeśli jednak ktoś ma więcej czasu, widział już wspomniane wcześniej atrakcje, nie lubi podążać tropami tysięcy turystów lub po prostu chce zobaczyć niego inną Pragę, to być może poniższe propozycje będą właśnie dla niego.

Moja ostatnia wycieczka do Pragi z uwagi na wiosnę i kwitnące drzewa i krzewy, miała głównie kontekst przyrodniczy, choć nie tylko.
Przede wszystkim polecam pojechać do dzielnicy Troja - autobusem 112 z dworca kolejowego i stacji metra C Nádraží Holešovice, gdzie znajduje się największy praski ogród botaniczny (Botanická zahrada Troja). Cena wstępu to 50 Kč do ekspozycji zewnętrznych oraz 120 Kč, jeśli chcemy również zwiedzić jedną z największych szklarni w Europie - Fata Morganę. Zdecydowanie mogę polecić obydwie atrakcje. Z ogrodu botanicznego rozciąga się piękny widok na Pragę (trzeba wyjść wyżej w stronę lasu), a także na winnice św. Klary i pałac Trojski (Trojský zamek) poniżej. Jest to zresztą kolejna atrakcja, którą warto zwiedzić będąc w tej okolicy.
Dodam jeszcze, iż w dzielnicy Troja znajduje się jeszcze ogród zoologiczny, który przez tygodnik Forbes został niegdyś zaliczony do jednych z najlepszych ZOO na świecie.

Jeśli chodzi o inne ogrody botaniczne w Pradze, to niemal w centrum znajduje się malutki ogród botaniczny Uniwersytetu Karola (ul. Na Slupi 16). Wstęp do samego ogrodu jest bezpłatny, natomiast do szklarni kosztuje 50 Kč, jednak nie robi on już takiego wrażenia jak ten w dzielnicy Troja.

Inną mało znaną atrakcją przyrodniczą Pragi jest rezerwat przyrody Dzika Szarka (Divoká Šárka). Można tam dojechać np. tramwajem nr 20 i 26 lub autobusami 119 (jedzie też na lotnisko), 206 lub 218 z ostatniej stacji metra A – Dejvická.
Jest to wąwóz skalny w dole którego płynie niewielki potok, przypominający nieco np. wąwozy podkrakowskie czy Pieniny. Wychodząc na górę można zobaczyć wspaniały widok na Pragę, poza tym w kwietniu zbocza pokryte są kwitnącymi na biało drzewami owocowymi i wszędzie roznosi się zapach kwiatów. Naprawdę świetne miejsce na spacery czy odpoczynek i to raptem 20 min od centrum Pragi.

Zdecydowanie warto zwiedzać podczas kwitnienia krzewów i drzewa praskie ogrody (cz. sady), które wtedy naprawdę pięknie się prezentują. Do jednych z najciekawszych moim zdaniem można zaliczyć Petřínské sady i Letenské sady, z których roztacza się wspaniały widok na Hradczany i Pragę.

Kilka uwag praktycznych:

- bilet 24h na komunikację miejską (MHD) kosztuje obecnie 110 Kč i nadal nie można za niego w automatach zapłacić gotówką lub kartą (trzeba mieć monety). Na szczęście bilet bez problemu można kupić również w kioskach
- bilet SONE+ którym 2 osoby dorosłe z max. 3 dziećmi mogą jeździć wszystkimi (jedynie do Pendolino trzeba kupić obowiązkową miejscówkę, która kosztuje 200 Kč) pociągami po Czeskiej Republice w jednym z dniu weekendu (sobota lub niedziela) kosztuje 600 Kč
- kupując bilet na stronie kolei czeskich oprócz 3% upustu dostajemy również darmową miejscówkę (normalnie kosztuje 35 Kč), którą warto mieć, bo o ile kilka lat temu były one mało popularne, to teraz w pociągach dalekobieżnych naprawdę ciężko o wolne miejsce i sporo ludzi bez miejscówek stoi na korytarzu
- warto przed wyjazdem przeglądnąć oferty czeskich zakupów grupowych, ja miałam zakupione dwa: na naprawdę potężną porcję jedzenia w jednej z restauracji dla 2-3 osób za cenę obiadu dla jednej osoby oraz voucher na kilka lokalnych piw ponad 50% tańszych niż normalna cena w innej knajpce. Moim zdaniem najlepsza strona, która zbiera wszystkie czeskie oferty grupowe to: http://www.5060.cz
- przy czeskich zakupach grupowych z reguły obowiązkowa jest wcześniejsza rezerwacja i nie chodzi o to, by utrudnić komuś życie, ale po prostu, zwłaszcza w weekend może w wybranej restauracji nie być wolnego stolika. Wystarczy kilka dni wcześniej zadzwonić na chwilkę, nie ma z tym żadnego problemu
- nie bójcie się w Czechach rozmawiać po polsku, mimo wszystko nasze języki są podobne (w końcu do średniowiecza był to jeden język), że można się w miarę łatwo dogadać czy przynajmniej w dużej mierze nawzajem zrozumieć. Mnie osobiście śmieszy używanie przez Polaków w Czechach języka angielskiego, czy niemieckiego (który jest lepiej znany przez Czechów, zwłaszcza starszych), zamiast próbować dogadać się 'po słowiańsku'.
- pamiętajcie, iż od ubiegłego roku czerwony banknot o najmniejszym nominale 50 Kč nie jest już w obiegu, gdyby ktoś chciał go wcisnąć w Polsce czy Czechach, należy oczywiście odmówić 

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym będąc w Pradze nie odwiedziła kilku aptek, żeby zorientować się w cenach leków. Ale może o tym napiszę w jednym z następnych artykułów.

A na koniec kilka zdjęć opisywanych atrakcji.

Divoká Šárka

 Divoká Šárka

 Divoká Šárka

 Trojský zamek

 Trojský zamek

 Trojský zamek widziany z góry z ogrodu botanicznego

szklarnia Fata Morgana

 ogród botaniczny

ogród botaniczny i kaplica św. Klary



 widok z ogrodu botanicznego, w oddali Hradčany

 Petřínské sady - widok na miasto

 ogród botaniczny Uniwersytetu Karola

czwartek, 19 kwietnia 2012

Pupa niemowlaka


Pomyślałam sobie, że skoro pisałam wcześniej o tym, czego nie stosować na odparzoną pupę niemowlaka, może warto coś wspomnieć o drugiej stronie medalu. I dlatego napiszę o preparatach do pielęgnacji pupci naszych milusińskich. 
Właściwie to chyba każda młoda mama wie, że skóra niemowlaków jest bardzo delikatna, więc po każdej zmianie pieluszki, warto zastosować jakiś krem zapobiegający odparzeniom. Na rynku mamy oczywiście całe mnóstwo preparatów, więc wybór jest duży: Ziajka maść pośladkowa, Mustela krem zapobiegający odparzeniom, Oillan krem przeciw odparzeniom, Penaten czy np. Bepanthen albo Alantan. To oczywiście tylko nieliczne z dostępnych kosmetyków ;) Myślę, że do codziennej pielęgnacji wszystkie wymienione są ok, ale każdy wie, że czasami mimo częstej zmiany pieluszek zdarzają się odparzenia.
I
 co wtedy zrobić? Pewnie gdybym zrobiła ankietę dla mam i spytała jaki preparat im się kojarzy z odparzoną pupą, większość wspomniałaby o Sudocremie. Tak, tak… Pamiętam, że w szpitalu zaraz po porodzie dostałam kilka darmowych próbek ;) pewnie dlatego jest taki popularny, że firma dba o reklamę. Nie zalecałabym go jednak stosować profilaktycznie, tylko ewentualnie raz jakiś na czas do leczenia odparzeń. Rzeczywiście u niektórych dzieciaków sprawdza się bardzo dobrze, ale ze względu na to, że zawiera on w swoim składzie alkohol, czasami może podrażniać delikatną skórę bobasa i wtedy efekt jest odwrotny - zamiast leczyć odparzenie, jeszcze bardziej je zaognia. Dlatego właśnie trzeba być ostrożnym z Sudocremem, natomiast na pewno podstawą leczenia takiego odparzenia powinno być jak najczęstsze wietrzenie „pupciaka„ :)
Mój Synek zaraz na początku swej kariery żłobkowej, nabawił się strasznego odparzenia na pupie. Panie niestety zaniedbały zmianę pampersa i efekt był taki, że pupa zrobiła się czerwona niemal do krwi. Bolało go strasznie i nie mogłam sobie z tym poradzić. Nawet Sudocrem, ani zapisany przez lekarza Flamozil nic nie zdziałał. I wtedy wypróbowałam sposób naszych babć, czyli zasypałam pupę mąką ziemniaczaną i wiecie co..? Poprawa była błyskawiczna :)  Od tamtej pory zdesperowanym mamom polecam właśnie ten domowy sposób. Tylko nie za dużo tej mąki, aby się nie stworzyły grudki ;) Ja akurat mam Synka i nie wiem jak sposób z mąką sprawdziłby się u dziewczynek, bo wtedy trzeba być bardziej ostrożnym, aby mąka nie weszła, tam gdzie nie trzeba ;))
Natomiast jeśli ktoś nie ma zaufania do takich metod, daję przepis na taką maść robioną w aptece:
Rp. Balsami peruviani 3,0
      Zinci oxydati 10,0
      Aqua dest. 8,0
      Lanolini
      Vaselini flavi aa ad 100,0
      Mf. Ung

Nie jest droga, bo za 100g zapłacicie w aptece 7,5 zł, tylko, że trzeba mieć na tą maść receptę. Ale jeśli przedstawicie ten skład, to prawdopodobnie każdy pediatra Wam to zapisze. Sprawdza się naprawdę świetnie w przypadku odparzeń na pupie.

Na dziś kończę uprzedzając, iż z uwagi na weekendowy wyjazd do Pragi, następny artykuł opublikuję dopiero w przyszłym tygodniu. Ponadto na wszystkie komentarze oraz maile do mnie skierowane również postaram się odpowiedzieć najwcześniej w przyszły poniedziałek wieczorem.




poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Ach te dłonie

Witam w ten niestety deszczowy poniedziałkowy wieczór. Pomyślałam sobie, że poświęcę dzisiejszego posta dłoniom ;), bo w  końcu mawiają, że dłonie są wizytówką kobiety i pewnie coś w tym jest ;)  Chyba każdy z nas wcześniej czy później zauważa, że skóra dłoni starzeje się o wiele szybciej niż inne części ciała. 
Dlaczego? Ponieważ jest narażona na działanie różnorodnych czynników zewnętrznych. Latem daje się jej we znaki promieniowanie UV, które powoduje, że skóra dłoni staje się sucha, mniej sprężysta i pojawiają się na niej przebarwienia. Zimą wahania temperatur, mróz i chłód dokładają swoje ;) A na co dzień z kolei większość kobiet ma do czynienia z rożnymi detergentami, których powszechnie używamy do mycia naczyń, sprzątania itp... Chwała tym panom, którzy wyręczają swoje żony w codziennym myciu "garów" ;) bo nawet jeśli robią to nieświadomie, to w ten sposób dbają o piękne dłonie swoich kobiet ;) I uwaga palacze(ki) tytoniu - również nikotyna wpływa negatywnie na skórę dłoni - często pozostawia na palcach mało estetyczne żółte plamy. 

Jak więc powinniśmy dbać o nasze dłonie ?
Do mycia rąk warto używać mydeł w płynie ze składnikami natłuszczającymi, natomiast nigdy nie wolno zapominać o tym, aby po umyciu, dokładnie osuszyć ręce  ręcznikiem. Powinniśmy też pamiętać o codziennym stosowaniu kremów do rąk, które dobrze nawilżą skórę naszych dłoni. Ja przetestowałam różne kremy i powiem szczerze, że np. średnio przypadła mi do gustu Neutrogena. Uważam, że jest zdecydowanie przereklamowana.
Lubię natomiast krem do rąk Doliva :) Może nie jest to zbyt znana marka kosmetyków w Polsce, ale godna polecenia ;) Myślę, że nie bez powodu w Niemczech kosmetyki Doliva są bardzo popularne. Na pewno krem do rąk sprawdza się super ;) Jest bardzo wydajny, niedrogi i doskonale oraz na długo nawilża suchą skórę dłoni, pewnie dzięki zawartości toskańskiej oliwy z oliwek ;) W tajemnicy dodam, że mój mąż także go używa ;) choć długo nie chciał się przyznać, że to on mi go podbiera z łazienki. 

Często jednak do apteki przychodzą klientki, które mówią, że wypróbowały już setki kremów do rąk i nic nie pomaga na ich suchą i szorstką skórę. I co wtedy? Myślę, że jeśli skóra dłoni jest popękana i naprawdę bardzo przesuszona, warto spróbować krem Mediderm. Nie jest to typowy krem do rąk, tylko krem dla chorych na łuszczycę, egzemę  i atopowe zapalenie skóry, ale świetnie się sprawdza jako kosmetyk do pielęgnacji dłoni. Małą tubkę bodaj 100g można nabyć w aptece za około 8 zł. Ostatnio gdy poleciłam go jakiejś Pani, to za kilka dni przyszła podziękować i kupiła duże opakowanie 500g, mówiąc, że jest świetny. Dlatego jeśli macie wrażenie, że na Wasze ręce nic już nie pomoże, wypróbujcie Mediderm ;) 

A co poza tym? Pewnie wielu z Was słyszało o kąpieli parafinowej do rąk. Można ją przygotować samemu - trzeba tylko zakupić parafinę stałą. Przepis jest prosty i łatwo go znaleźć na internecie, więc nie podaję tutaj szczegółów. Ponoć daje niezły efekt. Jest też gotowy preparat z firmy Oceanic Oillan kąpiel parafinowa do rąk, ale słyszałam, że jednak nie dorównuje on kąpieli parafinowej przygotowanej w warunkach domowych z wykorzystaniem stałej parafiny. Czasami takie zabiegi pielęgnacyjne, z wykorzystaniem zasobów spiżarni czy lodówki, dają lepszy efekt niż niejeden markowy kosmetyk. 
Moją skarbnicą takich interesujących przepisów na domowe SPA jest czasopismo dostępne w niektórych aptekach "Moda na zdrowie". Na koniec podzielę się przepisami dotyczącymi pielęgnacji dłoni autorstwa Amelii Kamińskiej, które znalazłam w jednym z archiwalnych numerów:

- nawilżający okład na spierzchnięte dłonie
składniki: pół szklanki ziaren siemienia lnianego, 1 szklanka wody
Siemię lniane należy zalać wrzącą wodą, odczekać aż wytworzy się galaretowata substancja i całość wymieszać na jednolitą papkę. Później na zabandażowane cienką gazą dłonie nakłada się ta papkę,  a następnie owija dłonie w folię spożywczą. Okład trzymamy około 30 minut a następnie zmywamy letnią wodą.

- kąpiel witaminowa dla dłoni i paznokci 
składniki: 1 szklanka oliwy z oliwek, sok z połowy cytryny, 1 kapsułka witaminy A+E
Oliwę należy podgrzać, dodać zawartość kapsułki witaminowej i sok z cytryny. Dłonie moczymy w takiej miksturze około 10-15 min a następnie osuszamy i wkładamy bawełniane rękawiczki, w których pozostajemy całą noc.





Warto również przeczytać:

Mediderm

Laboteq SKIN

Zdecydowane NIE dla Tormentiolu i Aphtinu

sobota, 14 kwietnia 2012

Zdecydowane NIE dla Tormentiolu i Aphtinu

Pogoda za oknem dzisiaj bardzo ładna, ale ja i tak nie mam natchnienia. Chyba wiosenne przemęczenie i mnie dopadło ;) i muszę się posilić jakimś Plussszem z żen-szeniem. Ale ponieważ dawno już nie pisałam, wypada coś skrobnąć. ;)

Uważam, iż warto wspomnieć o zjawisku powszechnego stosowania preparatów z kwasem borowym u małych dzieci. W praktyce aptecznej bardzo często z tym się niestety spotykam. 
Lekarze nagminnie zapisują leki robione (głównie maści na odparzoną pupę) z kwasem borowym w składzie. Wczoraj na przykład jedna młoda mama przyszła z receptą na maść robiona na pupę dla noworodka (notabene tygodniowego) i jak byk napisane w składzie "2% sol. Acidi borici" czyli 2% roztwór kwasu borowego. I rzeczywiście takiemu maluszkowi pewnie i na odparzona pupcię maść zapisana przez panią doktor pomoże, bo kwas borowy wykazuje działanie przeciwzapalne, ściągające i przeciwbakteryjne, ale.... No właśnie - jak z bezpieczeństwem? Niestety udowodniono, że kwas borowy (i jego pochodne) bardzo łatwo przenika przez błony śluzowe i nieuszkodzoną skórę niemowląt i co gorsza może się kumulować w organizmie i jest bardzo toksyczny (uszkodzenia nerek, wątroby itp), dlatego uważajcie co lekarze zapisują Waszym maluszkom. 


wtorek, 10 kwietnia 2012

Katar u dzieci

Dzisiaj tak jak obiecałam będzie 'katarowo', bo niestety pogoda dalej sprzyja chorowaniu. Pewnie zanim nadejdzie wiosna w pełni, to jeszcze trochę przyjdzie nam niestety poczekać. Ja już odliczam dni do prawdziwej pogodowej wiosny ;) 

Każdy z nas zna powiedzenie: "Nieleczony katar trwa tydzień, a leczony siedem dni"  i myślę, że coś w tym jest, ale o ile dorośli z katarem jakoś sobie radzą, to katar u naszych milusińskich często jest zmorą dla nas rodziców. Nierzadko bywa też tak, że od kataru się zaczyna, ale zaraz potem katar spływający po tylnej ścianie gardła powoduje mokry kaszel i tak zaczyna się infekcja. Właśnie dlatego, jak tylko pojawia się katar u naszej pociechy, trzeba działać szybko i skutecznie. 
Ale od czego zacząć? Myślę, że każda mama powinna mieć w domu wodę morską do oczyszczania noska. Jest na rynku cała masa preparatów, np. Sterimar, Marimer, Physiomer, Afrin itp. 
Czym więc się kierować przy wyborze? 
Wydaje mi się, że gdy katar jest lejący i bardzo wodnisty, wystarczy izotoniczny roztwór wody morskiej, bo powinien on w miarę skutecznie oczyszczać jamę nosową i nie trzeba dziecka stresować roztworami hipertonicznymi ;) I tutaj taka moja uwaga, u noworodków nie polecałabym preparatu Marimer, ponieważ ma on bardzo duże ciśnienie spryskiwania i daje maluchom niezbyt przyjemne odczucia. Myślę, że do tak małych nosków wystarczy np. Sterimar baby o dużo mniejszym ciśnieniu.
Jeśli natomiast dziecko ma ewidentnie zatkany nosek, katar jest gęsty i ciężko mu się oddycha, warto sięgnąć po hipertoniczne roztwory wody morskiej, bo one skuteczniej udrażniają nos i zmniejszają obrzęk śluzówki. Aplikacja roztworu hipertonicznego nie jest dla małego noska jednak zbyt przyjemna (polecam przeczytanie ulotki z instrukcją użycia)  i dlatego dla mniejszych Bobasów polecam bardziej Sterimar baby hipertoniczny (z racji mniejszego ciśnienia), który można stosować od 3 miesiąca życia. Dla starszych dzieci natomiast  można by się już pokusić o np. Marimer hipertoniczny, o zdecydowanie większym ciśnieniu. 
Jest też dość ciekawy preparat do oczyszczania nosa o nazwie Immuwash, który wzbogacony został o pochodną beta-glukanu, i poza oczyszczaniem oraz nawilżaniem błony śluzowej nosa, działa też troszkę na jej odporność ;) i  stosowany profilaktycznie powinien zmniejszać częstotliwość infekcji kataralnych. W każdym razie u mojego dziecka dość dobrze się sprawdził. W aptece od klientów słyszałam też dużo pozytywnych opinii o preparacie Euphorbium w aerozolu, ale jest to preparat homeopatyczny i akurat u mojego dziecka było jakoś bez rewelacji,  jeśli chodzi o skuteczność.
No a co poza tym? Oczywiście poza wodą morską ważne jest dokładne oczyszczanie noska i tutaj polecam urządzenie o nazwie "Katarek", pewnie znane większości młodych mam. Myślę, ze to naprawdę super wynalazek ;) i zawsze jak stosuję go przy katarze mojego dzieciaka, zastanawiam się, gdzie mu się pomieściło tyle wydzieliny ;) Czasami przychodzą do apteki młode mamy i są przerażone, że to się podłącza do odkurzacza itp. ;) Brzmi i może wyglądać pewnie dość drastycznie, ale naprawdę warto. Ja stosowałam odkąd moje dziecko skończyło 3 miesiące, bo jednak u mniejszego Dzidzia to jakoś też mnie przerażała sama wizja siły ssącej odkurzacza ;)  Teraz jak mały ma katar, to właściwie sam się upomina o odciąganie katarkiem. No i właśnie, tutaj wychodzi wada tej machiny ;) Pewnie dzieci przyzwyczajone do jej stosowania, zbyt późno opanowują sztukę siąkania noska; w każdym razie mój 3,5 latek jeszcze jej nie opanował.
Czym jeszcze można się wspomagać przy katarze? U dzieciaków od 6-tego miesiąca życia, można stosować do nacierania maść Pulmex baby. A co u mniejszych dzieciaczków? Nie wiem, czy wiecie, że od jakiegoś roku na rynku  istnieje kojący balsam dla dzieci "Spokojny sen" z firmy Mustela. Z racji tego, że zawiera on tylko naturalne składniki i jest wolny od parabenów, można go stosować u maluszków już od pierwszego dnia życia ;) i naprawdę super się sprawdza przy katarze. Skutecznie udrażnia nosek i ułatwia oddychanie, a także nawilża skórę dziecka i dzięki ekstraktowi z lipy i rumianku działa też relaksująco i zapewnia spokojny sen. Ja osobiście bardzo lubię rekomendować produkty, które sama wypróbowałam i właśnie ten balsam od Musteli mogę polecić z czystym sumieniem  Ostatnio gdy poleciłam go jednej Pani dla córeczki przy katarze, to specjalnie przyszła do apteki, aby mi patem podziękować :)
Jeszcze na koniec warto chyba wspomnieć o plasterkach Aromactiv. Są to plastry zawierające m.in. olejek eukaliptusowy i sosnowy, które przykleja się na ubranie dziecka na wysokości klatki piersiowej. Skutecznie ułatwiają one oddychanie podczas snu, udrażniając nos. Jest to jednak produkt dla starszych dzieciaków., bo od 3 roku życia. Ja osobiście nie próbowałam u mojego Szkraba, ale co niektórzy go sobie chwalą ;) 

Tyle na dziś ;) Dobrej nocki.




poniedziałek, 9 kwietnia 2012

I po świętach ;)

Niestety święta Wielkanocne minęły jak co roku w błyskawicznym tempie. Ponieważ pogoda nas nie rozpieszczała, więc pewnie co niektórzy rozpieszczali swoje podniebienie świątecznymi smakołykami ;) Wiem jak to jest, bo zawsze w święta mniej rygorystycznie przestrzegam swojej codziennej diety ;), bo w  końcu te dwa razy w roku można zaszaleć. I racja ;) Ale już jutro trzeba wrócić do normalności ;) Ale jak?
Polecam sok oczyszczający organizm z toksyn, bardzo prosty w przygotowaniu. Składniki: 1 grejpfrut czerwony, 1 grejpfrut żółty, 1 cytryna, 2 plastry świeżego ananasa, 1 ogórek długi, 2 mandarynki. Grejpfruty, cytrynę i mandarynki należy obrać ze skórki i wycisnąć sok w sokowirówce, natomiast ogórka i ananasa po obraniu ze skórki, zmiksować blenderem. Wszystkie składniki należy później połączyć i dodać kostki lodu ;) Mniam, mniam :) Poczujecie się jak nowo narodzeni po tym świątecznym łasuchowaniu ;)

To tyle na dziś, bo pewnie jeszcze świętujecie w rodzinnym gronie. Jutro będzie o sposobach radzenia sobie z katarem u dzieci ;) Zapraszam.




Warto również przeczytać:

piątek, 6 kwietnia 2012

Święta, święta


Kochani życzę Wam zdrowych, pogodnych świąt Wielkanocnych, pełnych wiary,nadziei i miłości. Radosnego, wiosennego nastroju, serdecznych spotkań w gronie rodziny i wśród przyjaciół oraz Wesołego Alleluja!

A tak na marginesie, to wiecie po jakie preparaty najczęściej przychodzą pacjenci przed świętami, a po jakie zaraz po świętach? Właściwie to z roku na rok jest tak samo. Przed świętami bardzo dużo osób kupuje coś na kaca ;) a więc Polacy lubią święta zakrapiane alkoholem ;) W ruch idzie Alka-Prim, Alka-Seltzer albo 2-KC, ewentualnie nowość tamtego roku  2-KC extreme.
Alka-Prim oraz Alka-Seltzer to nic innego jak kwas acetylosalicylowy (czyli znana wszystkim aspiryna), o działaniu przeciwbólowym, przeciwgorączkowym i przeciwzapalnym, ale w nieco mniejszej dawce niż popularna Aspiryna Bayera. Są to jednak tabletki musujące, więc efekt działania jest szybszy :) no ale tak jak przy aspirynie nie wolno stosować tych preparatów przy czynnej chorobie wrzodowej żołądka i dwunastnicy, astmie oskrzelowej oraz niewydolności nerek czy wątroby. 
Zdecydowanie odmienny  preparat to 2-KC, bo jego zaleca się  stosować w trakcie spożywania alkoholu, w celu zapobiegania powstawania i magazynowania w organizmie toksycznych produktów rozpadu alkoholu. W składzie ma między innymi glukozę oraz witaminę C ;) Podobno skutecznie likwiduje oznaki kaca tj.opuchnięte oczy, ziemista i blada cera. Radzę jednak uważać, bo generalnie jest tak, że jak się pije alkohol razem z 2-KC to alkohol jest szybciej metabolizowany, czyli można więcej wypić :) a co za tym idzie, następny dzień będzie jeszcze gorszy ;) Myslę natomiast, że dość ciekawy jest 2-KC Extreme, bo ma kilka dodatkowych składników, m.in żeń-szeń, a on potrafi zdziałać cuda, kiedy człowiek jest wypompowany ;)
Święta zapewne szybko zlecą, a zaraz po nich to z reguły niemal połowa klientów apteki przychodzi po jakieś środki wspomagające trawienie :) Łasuchy ;) Lubie wtedy polecać taki preparat jak Nursea trawienie, bo ma ciekawy i różnorodny skład, a co za tym idzie i działanie. Ułatwia trawienie i  pomaga złagodzić objawy przejedzenia, co przez święta niejednemu się zdarza, ale także wspomaga regenerację wątroby, która po okresie biesiadowania pewnie czasami 'ledwo dycha' z racji niezdrowego świątecznego jedzenia (często łączonego z alkoholem), a także obniża cholesterol, który czasem po świątecznym jedzonku lubi podskoczyć ;)

A jak jesteśmy w temacie świątecznym, to przypomniała mi się ciekawa rzeźba z kamiennych jaj w cypryjskim Limassol. ;)


czwartek, 5 kwietnia 2012

Alli na fali


Tak jak obiecałam dziś dalszy ciąg o odchudzaniu, czyli na tapetę bierzemy jedyny lek bez recepty zarejestrowany w Polsce  na odchudzanie,  czyli Alli. Substancja czynna w nim zawarta, czyli orlistat została wprowadzona do lecznictwa w latach 90tych, ale wtedy występował on w dawce 120 mg i był (pod nazwą Xenical) dostępny tylko na receptę. Wiele badań klinicznych potwierdziło jego skuteczność i w 2009 roku dopuszczono go w Unii Europejskiej, w tym także w Polsce do sprzedaży OTC (czyli bez recepty) pod nazwą handlową  Alli  ale w dawce 60 mg, czyli o połowę mniejszej.

Alli to specyfik dość mocno w tej chwili rozreklamowany, a jak jest ze skutecznością? 
Powiem Wam (tak w sekrecie ;) ), że w ubiegłym roku sama sobie zafundowałam dość kosztowną 2 miesięczną kurację z Alli. Pomimo, że BMI mam w normie, to przed weselem siostry chciałam zrzucić jeszcze parę kilogramów ;) I jak myślicie, zadziałał? Moim zdaniem (i mojej wagi również ;) ) niestety nie. Gdzie tkwi przyczyna? Po pierwsze, jest to preparat polecany dla osób, których BMI przekracza 28 (czyli jest całkiem spore), a więc teoretycznie nie dla mnie ;) Po drugie moja dieta jest na co dzień niezbyt bogata w tłuszcze, a właśnie z nimi jest związany mechanizm działania tego leku. Alli ma zmniejszać wchłanianie tłuszczów z diety mniej więcej o 25% i właściwie tylko (bo nie pokuszę się, że „aż”) tyle. A jak wyglądają fakty? Niestety tak, że z roku na rok spożywamy coraz mniej tłuszczu w diecie (jest już sporo produktów light itp.), a i tak jako społeczeństwo „tyjemy”. I co się okazuje? Że to węglowodany są głównymi „winowajcami” i odpowiadają za zbędne kilogramy tu i ówdzie ;)  Myślę, że właśnie dlatego ze skutecznością Alli jest tak średnio ;)
A więc ja doradzając pacjentom w aptece, raczej  nie polecam tego preparatu, chyba że ktoś jest zwolennikiem schabowych smażonych na głębokim tłuszczyku oraz golonki z piwkiem, to wtedy mogę zarekomendować Alli i ubogą w tłuszcze dietę  i efekt pewnie będzie zadowalający. ;)
Dodam jeszcze, że preparat ten jest bezpieczny, bo działa głównie w obrębie przewodu pokarowego, ale stosując Alli trzeba jednak pamiętać o dwóch rzeczach. Należy przestrzegać koniecznie niskotłuszczowej diety, ponieważ w przeciwnym razie występują mało fajne i niekomfortowe objawy niepożądane, typu gazy (wzdęcia) z możliwością wystąpienia tłustego plamienia, nagła potrzeba wypróżnienia oraz tłuste i oleiste stolce. Poza tym trzeba pamiętać o suplementacji witamin rozpuszczalnych w tłuszczach (czyli A D E i K), bo Alli upośledza ich wchłanianie  (i przyjmować je w odstępie czasowym w stosunku do Alli)
I tym akcentem kończę na dzisiaj ;) Miłego dnia Kochani.


Warto również przeczytać:

Adipex

Kilka słów o odchudzaniu

Jak się pozbyć cellulitu?

wtorek, 3 kwietnia 2012

Kilka słów o odchudzaniu

Dzisiaj na prośbę jednej z czytelniczek (czytelników) mojego bloga będzie co nieco o odchudzaniu. Właściwie pogoda za oknem okropna, ale mamy wiosnę, więc odchudzanie zacząć czas najwyższy.  Niebawem lato, trzeba się będzie pokazać w bikini no i pewnie przydałoby się mieć tu i ówdzie te parę kilogramów mniej. 
Od czego zacząć i jakie są skuteczne metody? Chyba o tym, że przede wszystkim liczy się ruch, aktywność fizyczna, dieta i zdrowy tryb życia nie muszę tutaj wspominać. Natomiast jakie wspomagacze oferuje nam branża farmaceutyczna? Jak zwykle mamy multum preparatów i kuszące reklamy ;) I co tu wybrać?
Moim zdaniem trzeba po pierwsze odpowiedzieć sobie na pytanie, skąd się wzięły te nasze nadmiarowe kilogramy, których usilnie chcemy się pozbyć. W wielu przypadkach jest tak, że dostarczamy za dużo kalorii w stosunku do tego, ile organizm potrzebuje. Dzisiaj mamy takie czasy, że wielu z nas prowadzi bardzo intensywny tryb życia i pochłonięci pracą nie mamy czasu na regularne, zdrowe posiłki, zjadamy w pośpiechu, jakieś fast-foody itp. A poza tym, któż z nas nie lubi przekąsić jakiegoś dobrego ciacha do popołudniowej  kawki ;) Hmm… Ja już bym miała ochotę na jakąś dobrą kremówkę albo napoleonkę ;) Co więc zrobić, aby skutecznie stracić zbędne kilogramy? Można by tak obrazowo powiedzieć „Pozbyć się lodów z zamrażarki, a na to miejsce włożyć mrożonki warzywne oraz ignorować ciastka z kremem (zdecydowane „nie” dla papieskiej kremówki), a polubić herbatniki z błonnikiem lub płatkami owsianymi”. Poza tym warto pamiętać, że decyzja o odchudzaniu to nie jest akcja na kilka dni, ale projekt na kilka miesięcy i tak należy do tego podchodzić.
I jeszcze jedno. Nie radzę na pewno kupować cudownych ”superpigułek” na odchudzanie w sklepach internetowych ;)  

A co mamy do dyspozycji w aptece? 
Są to głównie preparaty z błonnikiem, preparaty zawierające ekstrakt z zielonej herbaty, guaranę, chrom, kwas hydroksycytrynowy, sprzężony kwas linolowy (CLA), L-karnitynę czy fasolaminę. Co z tej całej plejady może zadziałać? Ja osobiście mogłabym polecić preparaty z L-karnityną, które sama  wypróbowałam i rzeczywiście efekt był :), aczkolwiek  przy  współudziale ćwiczeń fizycznych, może nie jakiś bardzo intensywnych, ale jednak. Nie należy tutaj oczekiwać, że spożywanie większych dawek L-karnityny zadziała bez wysiłku fizycznego i należy o tym pamiętać. Dlatego L-karnityna jak najbardziej jest skutecznym spalaczem tłuszczu, ale konieczna aktywność fizyczna, niekoniecznie codzienna, wystarczy  kilka razy w tyg jakiś fitness itp.
Podobno bardzo dobrze działa połączenie L-karnityny z ekstraktami np. z zielonej herbaty. Ekstrakt taki skutecznie stymuluje termogenezę, czyli powstawanie ciepła w organizmie, co przyspiesza spalanie zapasowej tkanki tłuszczowej ;) Mogę tutaj młodym, raczej zdrowym osobom polecić preparat z firmy Olimp Therm line II, który poza L-karnityną i wyciągiem z zielonej herbaty zawiera także kilka innych wspomagających składników. Nie mogą go jednak stosować osoby o wysokim ciśnieniu krwi, bo może je podnosić i powodować np. kołatanie serca, bóle głowy, czy nadmierną potliwość.

Często pacjentki w mojej aptece pytają mnie o preparaty z chromem. Czy zdziała on cuda? Systematyczne zażywanie chromu reguluje poziom cukru we krwi, dzięki czemu znikają napady niepohamowanego głodu i chęć podjadania między posiłkami. Znacząco spada też łaknienie na słodycze. Ale czy to wystarczy, aby stracić kilka kilogramów? Moim zdaniem szału nie będzie ;) i utrata masy ciała tylko wskutek przyjmowania suplementów chromu jest mało prawdopodobna.

Jeśli chodzi o wpływ na gospodarkę węglowodanami, to bardziej polecałabym ekstrakt z nasion fasoli (fasolaminę), który jest skutecznym brokerem wchłaniania skrobi. Skrobia jest jednym z głównych składników naszego pożywienia (makarony, ziemniaki itp.), a w organizmie jest ona przetwarzana na cukier prosty, a następnie na tłuszcz. Ekstrakt z fasoli blokuje enzym, który odpowiada za trawienie skrobi, dzięki czemu nie jest ona przerabiana na zapasy tłuszczu. W badaniach wykazano, że fasola może być efektywnym składnikiem suplementów sprzyjających odchudzaniu  i polecałabym tutaj taki preparat jak „Fabacum” (Vitana) – koszt 30 tabletek to około 35 zł.
Sporo preparatów dostępnych na naszym rynku zawiera w  swoim składzie ekstrakt z azjatyckiej rośliny Garcinia cambogia, który jest bogaty w tajemniczy HCA (czyli kwas hydroksycytrynowy), jednak nie wykazano dotychczas w badaniach, aby ekstrakt z garcynii w znaczący sposób wpływał na obniżenie masy ciała. Udowodniono jedynie wpływ na obniżenie poziomu cholesterolu (całkowitego i LDL), dlatego jakoś szczególnie bym tutaj tych preparatów nie polecała.
Myslę, że w odchudzaniu można natomiast wspomagać się błonnikiem, który działa na kilka sposobów, m.in. pęcznieje w żołądku dając uczucie sytości, przyspiesza perystaltykę jelit i spowalnia wchłanianie cukrów. Szczególnie przydatny w walce z otyłością jest ponoć błonnik z owsa, natomiast dobrze jest stosować go w  połączeniu z błonnikami z innych zbóż, warzyw i owoców.

Także krótko podsumowując ten przydługi artykuł ;), superpigułek na odchudzanie niestety nie ma ;) choć pewnie cieszyłyby się ogromnym zainteresowaniem wśród społeczeństwa. Ale kto wie, może jeszcze wszystko przed nami. Na pewno na chwilę obecną mamy duże urozmaicenie ;) bo poza tradycyjnymi tabletkami, mamy przecież już saszetki do wody, odchudzające kawki, napoje, plastry itp. 
A jak ze skutecznością mocno reklamowanego, jedynego w tej chwili leku na odchudzanie dostępnego bez recepty, czyli Alli..?  O tym następnym razem ;)


Warto również przeczytać:

Adipex

Minilinia - patentem na odchudzanie?

Jak się pozbyć cellulitu

niedziela, 1 kwietnia 2012

Demokracja i jak to jest z tym Nurofenem

Tak sobie myślę, że może to być dla Was nudne, że zawsze ja decyduję o tym, co piszę na stronie. I co gorsza, zapewne nie zawsze to jest to, co chcielibyście przeczytać :) Niby taki przywilej autora, ale można by to jakoś zmodyfikować ;) Demokracja musi być, więc jeśli więc jest jakiś temat, co do którego chcielibyście, żebym go szerzej opisała, proszę o informację w komentarzach. Na pewno w jednym z następnych ogłoszeń o nim napiszę :)

Dziś przy niedzielnym obiadku wpadła mi w oko w TV reklama Nurofenu ;) i tak mnie natchnęło, żeby właśnie ten temat troszeczkę rozwinąć. Niestety bowiem Ci producenci leków trochę za bardzo szaleją ;) ale czego się nie zrobi dla kasy. 
Gorączkę u swojej pociechy pewnie większość mam (tatusiów również ;) ) już nie raz przerabiała. Każdy wie, że należy wtedy podać albo paracetamol, albo ibuprofen w stosownej dawce. 
Na rynku mamy do wyboru całą gamę syropów zawierających w swoim składzie ibuprofen, m.in. Ibufen, pomarańczowy i truskawkowy Nurofen, malinowy Ibum (ponoć teraz wprowadzają bananowy, bo tego nie ma konkurencja), Ibalgin itp. W smaku chyba wszystkie są przyzwoite i słodkie, więc pewnie większość z Was nie ma problemów z podawaniem, nawet jeśli dziecko jest marudne, chore itp. Mój szkrab to zwolennik Ibumu i wypije go w każdej dawce i ilości, nawet przy gorączce powyżej 39 stopni, ale to chyba ze względu na  to, że jest fanatykiem malin w każdej postaci. Ibum pewnie z malinami wiele wspólnego nie ma, ale jakiś posmak malin jest. 
Jako że konkurencja jest bardzo duża, firma Reckitt Benckiser rozszerzyła gamę swoich Nurofenów w syropie (są w tej chwili najdrożsi, więc musza czymś zabłysnąć)  i oferują w tej chwili: standardowy Nurofen dla dzieci w zawiesinie w dawce 100mg/5ml (smak pomarańczowy i truskawkowy) oraz Nurofen dla dzieci Forte o stężeniu 200mg/5ml a także Nurofen Junior o stężeniu 40mg/ml.. 
Dlaczego więc tak mnie bulwersuje ich reklama? Podają, że Nurofen zwykły i Forte mogą być stosowane od 3 miesiąca życia, natomiast Nurofen Junior od 6tego roku.... Tylko dlaczego tak...? 
Z tym, że od 3 miesiąca się w pełni zgadzam ;) bo większość leków poniżej 3 miesiąca bez zezwolenia lekarza się nie podaje, natomiast nawet ktoś kiepski z matematyki potrafi wyliczyć, że stężenie 40mg/ml to to samo co 200mg/5ml, czym więc się różni Nurofen Junior od tego Forte, jeśli dawka jest przecież taka sama? I dlaczego jeden jest rekomendowany od 3 miesiąca a drugi od 6 roku życia? Na to pytanie chyba tylko producent zna odpowiedź ;)) choć pewnie nie do końca, bo kiedyś zapytałam przedstawiciela farmaceutycznego od Nurofenów, no i też nie umiał mi odpowiedzieć ;), a  jedynie zasugerował, że pewnie chodzi o to żeby mieć więcej produktów na rynku. Hehe :) Tak więc moi drodzy uważajcie na reklamy ;) Mi one potrafią zepsuć nawet najlepszy niedzielny obiad ;)
Na szczęście po obiadku humor poprawiło mi pyszne krymskie wino z Massandry - Ruby of Crimea (nawiasem mówiąc również o posmaku malin). Szkoda tylko, że w Polsce jest ono niemal dwukrotnie droższe niż na Ukrainie. ;)



Warto również przeczytać:

Gorączka u dzieci

Leki przeciwgorączkowe dla dzieci

Katar u dzieci

Powiadomienia o nowych wpisach :)